Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2026

Czy czas skończyć z danse macabre? Ludzkie kości na zdjęciach.

Najbardziej popularne posty z tego bloga:

W fotoreportażu czy dokumencie wojennym, motyw zwłok lub szkieletu ludzkiego stanowi podbicie emocji u widzów;to środek mający zwrócić uwagę na przedstawiany problem. Często pokazanie takiego obrazu jest poprzedzone stosowną informacją w typie „treści drastyczne”, „viewer discretion is advised” lub „graphic content”.

Przedstawianie zwłok, szczególnie zakrwawionych, nie jest powszechnie akceptowane w mediach mainstreamowych i społecznościowych. To dobra praktyka, czy warto ją rozszerzyć także na szczątki kostne? 

Wiele środowisk uważa, że to krok w dobrym kierunku. Chodzi przede wszystkim o ograniczenie widoku ludzkich kości tam, gdzie nie jest to konieczne, lub o używanie szerszych kadrów, tak aby nie „karmić” nadmiernie widzów zbliżeniami.

Szkielety w historii sztuki

Przedstawienia szkieletów ludzkich mają przebogatą historię w ikonografii świata zachodniego. W starożytnej Grecji motyw bardzo rzadki, w Imperium Rzymskim już częstszy - memento mori - przypomnienie o nieuchronności śmierci, w średniowieczu doczekał się ekspansji w ramach dominującej wiary chrześcijańskiej, która podkreślała "marność świata doczesnego". Wyrazem tego był bardzo popularny w malarstwie i rzeźbie motyw danse macabre, czyli korowódu ludzi prowadzonego przez tańczące szkielety. Przedstawienia te symbolizowały równość wszystkich w obliczu śmierci.

Dance macabre w kościele NMP w Istrii, 1474, Vincenzo di Castua,
Dance macabre w kościele NMP w Istrii, 1474 r., Vincenzo di Castua, źródło meisterdrucke.fr

W sztuce Zachodu późniejszych epok motyw czaszki jest obowiązkowym elementem sztuki funeralnej.

Rzeżba czaszki w koronie - motyw z sarkofagu cesarskiego, krypta cesarska we Wiedniu
Czaszka w koronie - motyw z sarkofagu, Krypta Cesarska we Wiedniu, fot. T. Szustek

To wszystko jednak były przedstawienia odwzorowujące - sytuacja zmieniła się wraz z nadejściem ery fotografii, która przedstawia bardziej "realnie". Publiczność była już jednak przyzwyczajona do takich widoków i reagowała podobnie jak dziś: czaszka dodaje dreszczyku emocji, wzmaga odczucia, dodaje tajemnicy, trąci mroczną stroną życia. Piszczel znamionuje trupa, a trup - wiadomo - ożywia akcję.

Kości - dowód na krzywdę

Jedną z instytucji, które szczególnie upodobało sobie epatowanie ludzkimi kośćmi i czaszkami jest Biuro Poszukiwań i Identyfikacji Instytutu Pamięci Narodowej. W postach na FB BPiI IPN dotyczących częstych ekshumacji, tłoczno od zbliżeń potylic, szczęk i żuchw ofiar totalitaryzmów zmarłych bądź zamordowanych w czasie drugiej wojny światowej i w czasach nieco późniejszych.

Jakby trzeba było po raz tysięczny udowadniać krzywdy wyrządzone ludziom, jakby dane statystyczne, raporty historyków czy cicha praca archeologów wydobywających szczątki z dołów śmierci nie wystarczały, by pokazać, jakie cierpienia spadły na społeczeństwo polskie.

IPN wydał także album fotograficzny "Prace Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN w fotografii Marty Smolańskiej 2016 - 2019". 
Osoba pracuje w wykopie ekshumacyjnym z odkopanym szkieletem ludzkim
okładka albumu "Prace Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN w fotografii Marty Smolańskiej 2016-2019"

To zapis szlachetnej i niezwykle potrzebnej pracy archeologów i techników kryminalistycznych, ale nie sądzę, że ci zamordowani ludzie zasługują na na takie kadry jak te poniżej.
Czaszka w wykopie

czaszka w wykopie eksumacyjnym i archeolog na nią

Czaszka jest czyszczona przez osobę z IPN pędzelkiem
Zdjęcia z albumu "Prace Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN w fotografii Marty Smolańskiej 2016-2019"  (rozmycie - TS)

Czy ktoś zadaje sobie pytanie o pośmiertną godność tych osób? Czy są już tylko "przedmiotem" do wystawienia, dowodem zbrodni, którym za wszelką cenę trzeba grać, aby poić się martyrologią?

Nie przekują zapewnienia Krzysztofa Szwagrzyka, który w słowie wstepnym do albumu pisze, że to "Utrwalony w sztuce przejmujący dowód spełnieina przez Polskę obowiązku pamięci"

Zamazane w programie graficznym czaszk i kości w wykpie podczas ekshumacji
Szczątki kostne podczas ekshumacji, źródło: facebook.com/poszukiwaniaipn, (rozmycie - TS)

Zamazane w programie graficznym czaszk i kości w wykpie podczas ekshumacji
Szczątki kostne podczas ekshumacji, źródło: facebook.com/poszukiwaniaipn, (rozmycie - TS)

A gdyby to był Wasz pradziadek czy prababcia, bestialsko zamordowani przez siepaczy jednego bądź drugiego zbrodniczego, totalitarnego systemu? Czy chcielibyście, aby ich marne kostne szczątki, szeregi zębów przerzedzone chorobami i torturami, gościły na ekranach milionów smartfonów? A czy oni, ci ludzie - by tego chcieli? Czy po śmierci nie mamy już prawa do dysponowania tym, co po nas pozostanie i tegoż wizerunkiem?

Takie pytania zadają sobie coraz częściej nie tylko fotografowie.

W muzeach usuwają prawdziwe kości

Niektóre muzea już wycofały się z eksponowania prawdziwych ludzkich kości na rzecz dokładnych kopii wykonanych metodą druku 3D. Motywacje na gruncie etycznym często łączą się z presją społeczności, której przodkowie są przedmiotem wystaw czy publikacji zdjęć - dotyczy to m.in. plemion Ameryki Północnej >> Is It Ever OK to Publish Photographs of Human Remains? 

Dylematy mają także antropolodzy i archeolodzy, dla których kości są przedmiotem badań. O ile dokumentacja naukowa nie budzi wątpliwości, to publikowanie ludzkich szczątków kostnych w wydawnictwach popularnonaukowych czy wręcz felietonistycznych nastręcza już części środowiska poczucie niestosowności >> How should Anthropologists use images of the dead?

W Polsce także ten temat powoli wchodzi do debaty publicznej >> Szacunek i dociekliwość. Spory o muzealizację szczątków ludzkich 

Powstał nawet zbiór wytycznych: Praktyczne i etyczne aspekty gromadzenia i ewidencjonowania szczątków ludzkich w muzeach

Zbiór zmumifikowanych mieszkańców Palermo w kryptach klasztoru kapucynów można zwiedzać, ale fotografowanie jest tam zabronione, podobnie jak w Kaplicy Czaszek w Kutnej Horze w Czechach, gdzie zakaz wprowadzono całkiem niedawno.

Obrazy pośmiertnych szczątków ludzkich w różnej postaci przewijały się i będą przewijać przez nasze życie. Sam zrobiłem wiele takich zdjęć, w tym czaszkom, teraz raczej zaniechałbym takich ujęć na rzecz innych kadrów, mniej bezpośrednich, mniej ingerujących.

Sądzę, że warto, aby fotografowie, foto- i wideodokumentaliści przyjęli nieco bardziej rygorystyczne nastawienie względem swobodnego dysponowania wizerunkiem cudzych szczątków doczesnych.

Pamięć o ofiarach nie wymaga ich obnażania, kultura pamięci nie musi bazować na bezwzględnym wizualnym podglądactwie. Powinniśmy nauczyć się patrzeć na śmierć z większą pokorą i oddać czasem pole słowom, które potrafią zachować godność tam, gdzie obraz już jej nie daje.

czwartek, 10 marca 2022

Fotodziennikarstwo czyli co? Rozterki przy naciskaniu spustu migawki

Można pokusić się o utworzenie listy pojęć, jakich używa się w języku polskim na określenie fotografa/ki robiących zdjęcia z zamiarem ich publicznego pokazania w mediach.

Fotoreporter, fotograf newsowy, dokumentalny, prasowy, fotoreportażysta, fotodziennikarz, dziennikarz wizualny. Sporo tego. Dodatkowo, zawód jest mocno zmaskulinizowany i określenia te wystepują najczęściej w formie męskiej. 

Brakuje także jednoznacznego określenia samej dyscypliny medialnej - z najpopularniejszych nazw wymienić można: fotografia prasowa, newsowa, reporterska, dziennikarska, dokumentalna, ilustracyjna.

Inaczej jest w niektórych językach europejskich. Angielskie photojournalism, niemieckie Fotojournalismus czy francuskie photojournalisme funkcjonują od lat i są często używane i rozumiane nie tylko przez ludzi z mediów, ale ogół społeczeństwa. W polskich realiach termin "fotodziennikarstwo" nadal jest rzadkim i egzotycznym gościem w branżowych publikacjach - a szkoda.

Dziennikarz czy fotograf?

Na płaszczyźnie definicyjnej rodzi się zasadnicze pytanie, czy sam zainteresowany czuje się bardziej dziennikarzem czy bardziej fotografem. Jak dozuje desygnaty obu części składowych słowa foto-dziennikarstwo? Odwieczne - od momentu powstania fotografii - pytania czy to bardziej kronika czy poezja? fotografia-ekspresja czy fotografia-dokument? A może jedno i drugie są w tym przypadku nierozerwalnie związane i przenikają się tak dogłębnie w sferze podejścia do tematu, technik i metod pracy, odpowiedzialności, że nie warto wartościować jednego lub drugiego elementu i uznać tę dziedzinę działalności medialnej za jedną, nierozerwalną całość, tak jak to jest w innych językach?

Patrząc na wieloletnie efekty pracy fotodziennikarzy, przedrostek "foto" bynajmniej nie relatywizuje i nie rozmiękcza trzonu "dziennikarstwo". Wręcz przeciwnie - doinwestowuje go i rozszerza, przejmując przy tym, szereg szlachetnych (przynajmniej w teorii) etycznych przesłanek zawodu dziennikarskiego, takich jak: rzetelność, dbanie o sprawdzanie źródeł, unikanie oczywistych uwikłań politycznych. Jest to jednocześnie dużo szersze pojęcie niż dość popularny, ale ukierunkowany na zdjęcia newsowe - fotoreporter.

Osobiście, zawsze uważałem się za osobę uprawiającą dziennikarstwo posługującą się fotografiami jak środkami wyrazu i przekazu. Intuicyjnie sądzę, że to, o czym chcę opowiedzieć, lepiej mogę oddać obrazami niż słowami, choć tą drugą formę dziennikarską także uprawiam, ale mniemam, że nie wyrażam się w niej nie tak dobrze, jak w fotografii.

Wygląda na to, że każdy, kto zajmuje się fotografią musi sam doprecyzowywać jaki rodzaj fotografii uprawia. Często charakter fotografii określa rodzaj zlecenia. 

Pięciozdjęciową relację z przejazdu zabytkowych pojazdów trudno nazwać fotodziennikarstwem - to zwykła praca fotoreporterska, czy w przypadku krótkiej formy pisanej - relacja, a nie wnikliwy dziennikarski artykuł. Inaczej może wyglądać sytuacja dłuższego fotoreportażu np. z demonstracji czy zakładu pracy. Zarówno w przypadku formy zdjęciowej jak i pisanej moża śmiało mówić o formie fotodziennikarskiej i dziennikarskiej.

Fotograficzne rozterki języka polskiego


Wśród polskiej kadry akademickiej, która zajmuje się urefleksyjnianiem doświadczeń tworzenia i odbioru fotografii oraz teoretycznymi zagadnieniami dziennikarstwa, mediów i szeroko rozumianych teorii komunikacji społecznej, najpowszechniej przyjął się termin "fotografia dziennikarska".

Ukazało się całkiem sporo publikacji podręcznikowych dla studentów i artykułów naukowych wielokrotnie operujących tym terminem, np.: Kazimierz Wolny-Zmorzyński, Ewa Nowińska, Krzysztof Groń, Waldemar Sosnowski, Fotografia dziennikarska, Poltex, 2011 r.,  Kazimierz Wolny-Zmorzyński, Jaka informacja? Rzecz o percepcji fotografii dziennikarskiej. Kraków 2010.

Nie jest ten pomysł pozbawiony trafności, w zasadzie dobrze opisujący zjawisko, obarczony niestety akademickim rygoryzmem, formalnością i niestety 9. sylabami, w przeciwieństwie do 6 sylab fo-to-dzien-ni-kar-stwa. Krócej często wygrywa nad poprawniej.

Poza tym, wielu naukowców akademickich, ma tę przypadłość, że dość wolno reagują na wiecznie zmieniającą się rzeczywistość medialną. Stąd można doznać wrażenia, że zwrot fotografia dziennikarska zalatuje naftaliną. 

okładka ksiażki "Jaka informacja..." autor: Kazimierz Wolny-Zmorzyński

Polska rzeczywistość

Kiedy w 2010 ukazała się jedna z podstawowych polskich pozycji książkowych o fotografii dziennikarskiej "Jaka informacja? Rzecz o percepcji fotografii dziennikarskiej" Kazimierza Wolnego-Zmorzyńskiego, od razu było wiadomo, że to książka nestora wiedzy i już w momencie jak się ukazała, mogła być zaliczana do grona książek historycznych. Pierwsze bowiem zdanie było więcej niż wymowne: "Fotografia dziennikarska jest jedną z ważniejszych form przekazywania wiadomości w prasie". Zdanie drugie też wbijało w fotel swoją anachronicznością: "Cieszy się ogromnym zainteresowaniem odbiorców, bowiem nie tylko pokazuje rzeczywistośćo której mówią dziennikarze, ale także wizualnie o niej informuje."

Pozytywistyczna wiara, że można pokazać rzeczywistość w prasie wydaje się dla niektórych wciąż żywa. Jakby uleciała cała refleksja na kategoriami konstrukcji prawdy, roli fotografa w doborze kadrów i subiektywności przekazu fotograficznego, nie mówiąc już o wynalezieniu i rozpowszechnieniu się internetu jako głównego nośnika fotografii dziennikarskiej i fotografii w ogóle i o ciągle wzrastającej roli wideo w "pokazywaniu rzeczywistości".

Jeśli zestawimy powyższą książkę z wydaną również w 2010 roku publikacją Freda Ritchina "After Photography", w której autor pisze o przyszłości mediów wizualnych, po rewolucji cyfrowej, która przekształciła obrazy w hipertekstowe medium, co z kolei zasadniczo zmieniło sposób, w jaki konceptualizujemy świat, to widzimy jasno, że polska refleksja nad stanem fotografii w mediach była daleko w tyle.

Teoria sobie, a praktyka sobie

Potem zaczęło być trochę lepiej i znalazło się paru badaczy fotografii, głównie z nurtu socjologii wizualnej, którzy trzymają rękę na pulsie. Ale nawet wtedy, w okolicach 2010 roku wystarczyło przeczytać wywiad ze świetnym fotografem Łukaszem Trzcińskim, żeby wiedzieć, że to polscy teoretycy fotodziennnikarstwa zostali w tyle, a nie praktycy, którzy zresztą całkiem nieźle dawali sobie radę na światowym rynku fotografii dziennikarskiej zdobywając sporo międzynarodowych nagród. 

Ale wracając do Trzcińskiego, mówił on w wywiadzie, który ukazał się w 2011 roku w książce "Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii" autorstwa Hanny Marii Gizy - "Jeśli poruszamy się w obszarze dokumentu, to wydaje mi się, że jego rolą jest raczej zadawać pytania, niż dawać odpowiedzi..." 

To zresztą parafraza słów innego znakomitego fotografa Paolo Pellegriniego, ale takie rozumienie fotografii prasowej, dokumentalnej w szerszym ujęciu, dominowało już wśród czołowych światowych fotodziennikarzy - mało który jeszcze pragnął "obiektywnie przedstawiać" rzeczywistość. Większość chce zakomunikować, przekazać, wyrazić, opowiedzieć wizualnie swoją wersję tego co zobaczyli i doświadczyli.

Prasa vs internet

Największy światowy konkurs fotografii dziennikarskiej i fotodziennikarstwa, do dziś nosi archaiczną nazwę World Press Photo, a jego znaczenie maleje z powodu nieustannie zmieniających się kategorii i zasad przyznawania głównych nagród. 

W Polsce, fotodziennikarze biorą udział w Grand Press Photo organizowanym przez miesięcznik Press, który ma jednak w podtytule Media, Reklama, Public Relations. Niegdyś faktycznie taki rodzaj fotografii można było zobaczyć praktycznie tylko w formie drukowanej w gazetach, tygodnikach i miesięcznikach. Dziś sytuacja jest diametralnie różna i środków przekazu obrazu jest znacznie więcej.

Zdecentralizowaniu uległy również ośrodki dystrybuujące obrazy. Już nie tylko redakcje gazet, miesięczników czy największych agencji mogą publikować - w dzisiejszych czasach może to każdy, kto ma dostęp do kanałów mediów społecznościowych.

Powstanie internetu i rozwój technik cyfrowych spowodowały, że zalał nas potok zdjęć, a świecące ekrany zawładnęły światem obrazów, zmieniły się też reguły cyrkulacji i trwałości zdjęć. Szokujące obrazy w kilkanaście minut obiegają całą kulę ziemską, wywołują skrajne emocje, po czym znikają w czeluściach strumienia innych szokujących obrazów. Bardzo trudno dziś o "ikoniczne" zdjęcia, które były zapamiętywane na lata, jak działo się to za starych "analogowych" czasów.

Niewiele zmieniły się natomiast wymagania fotoedytorów - chcą dobrych zdjęć, które przykują uwagę odbiorców. A propos - fotoedytor i fotoreporter i jeszcze fotooperator to dobrze zakorzenione nazwy zawodów z przedrostkiem foto.

Szybkie wyszukiwanie w polskim internecie i ... 240 tys. rezultatów dla fotoedytora w porównaniu do zaledwie 1450 rezultatów dla fotodziennikarza, ale wąska specjalizacja fotodziennikarska - fotoreporter to już prawie 3,5 mln rezultatów wyszukiwań. Pora to zmienić i nie pozwolić wpaść  "fotodziennikarzowi" do zestawu form wypartych z języka polskiego. Będę zatem - konsekwentnie - używał tego określenia w dalszych wpisach.




wtorek, 3 sierpnia 2021

Niski poziom fotografii reportażowej w niektórych mediach lokalnych

Na dwóch lokalnych koszalińskich portalach ukazały się dwie niezależne od siebie fotorelacje ze Zlotu Zimnowojennego - plenerowej imprezy w formie festynu, na którym prezentują się grupy rekonstruktorów historii z czasów Zimnej Wojny wraz ze sprzętem z epoki. 

Reportaże były tak złe, że w końcu zmotywowały mnie do napisania tekstu - od dawna planowanego - o miernej kondycji fotoreportaży w małych, lokalnych gazetach i portalach internetowych. 

Przymierzałem się już jakiś czas do tego tematu, zbierałem materiały, ale niechętnie piszę o sprawach, które mają tak negatywny wydźwięk, wolę opisywać i odnosić się do zdjęć wybitnych, przejmujących, łapiących za oko, dających do myślenia, niepokojących, nawet szokujących czy choćby tylko lekko kontrowersyjnych. Ale nie tylko takie zdjęcia znajdują się w przekazach medialnych.

Trudno wymagać przejmujących kadrów z relacji Dnia Babci i Dziadka w przedszkolu - choć kilka dobrych portretów można by przy tej okazji zrobić. Ale już fotorelacja ze zlotu pełnego rekonstruktorów – powinna być okraszona kilkoma soczystymi zdjęciami.

Nie byłaby to, co prawda, głęboka socjologiczna introspekcja, ale reportaż może ciekawie zobrazować zrelaksowaną atmosferę dotykania kawałka (zre)konstruowanej historii. Co istotne, a ułatwia zadanie fotografom, przy takich festynowo-zlotowych okazjach wszyscy chętnie dają się fotografować. Jest tam zwykle wiele osób przebranych w epokowe stroje. Daje to masę możliwości ujęć dowcipnych, niebanalnych, balansujących na granicy zabawy, zaskoczenia, styku świata przeciętnego widza ze smartfonem w ręku i żołnierza z lat 80. Do tego zestaw pojazdów i oprzyrządowania z zamierzchłych czasów - czołgi, transportery opancerzone, samochody terenowe, radiostacje itp. Piknikowa atmosfera, chętni do zdjęć modele i modelki, niecodzienne ubiory - wydawałoby się, że to idealne miejsce na dobry, wyrazisty niedzielny fotoreportaż czasu wolnego.

Niestety, z nieznanych przyczyn, pracownicy medialni polegli na tym zadaniu. Pierwszy z fotoreportaży obejmuje 66 (!) zdjęć, wśród których znalazło się wiele ujęć złych i bardzo złych:


uczestnicy zlotu zimnowojennego przechadzają sie koło czołgu
fot. Radosałw Brzostek

rekonstruktor w mundurze żołnierza z lat PRL z karabinem Kałasznikow stoi tyłem stoi tyłem
fot. Radosław Brzostek

uczestnicy zlotu zimnowoejjengo spaccerują na tle czołgu
fot. Radosław Brzostek

Upiorna maniera fotografowania osób pierwszego planu obróconych tyłem do obiektywu, chaos kompozycyjny i jakość zdjęć godna telefonu z początku XXI wieku - to tylko niektóre zarzuty jakie można wytoczyć tym zdjęciom.

Na innym lokalnym portalu ukazała się równie kiepska, pod względem fotograficznym relacjaOto kilka przykładów zdjęć z tego zbioru:

3 młode kobiety w mundurach żołnierskich siedzą koło "gazika"
Fot. Małgorzata Abramowicz  


2 rekonstruktorów i rekonstruktorka w mundurzach żołnierzy z czasów PRL koło samochodu terenowego z lat 80.
Fot. Małgorzata Abramowicz  



nastolatka czesze rude włosy
Fot. Małgorzata Abramowicz  

Portrety są zrobione na długich ogniskowych 80 -135mm, z przysłoną f.8 (zachowane są metadane przy zdjęciach), następnie skadrowane, co fatalnie wpływa na jakość zdjęcia. Takie podejście do zrobienia portretu zastanego (z daleka, podpatrując, "czając się" „z doskoku”, ze zbyt dużą głębią ostrości) świadczy o braku umiejętności technicznych i dziennikarskich. Zastanawiająca jest sekwencja potrójnej próby zrobienia portretu żołnierzowi w hełmie. Niby fotografka zdecydowała się podejść bliżej, żeby zrobić portret, który wyszedł w miarę poprawnie (z wyjątkiem miny fotografowanego - a wystarczyło poprosić o uśmiech albo "groźną minę"), ale i tak poddała się pokusie umieszczenie dwóch poprzednich, nieudanych ujęć.


Mężczyzna przebrany za milicjanta w moro i w kasku trzyma podniesiony karabin Kałasznikow

Mężczyzna przebrany za milicjanta w moro i w kasku trzyma podniesiony karabin Kałasznikow

Portret mężczyzny przebranego za milicjanta w moro i w kasku trzymającego podniesiony karabin Kałasznikow
Fot. Małgorzata Abramowicz

Jakże niewiele potrzeba, żeby zrobić prosty, klasyczny, pozowany nawet naprędce portret - z ogniskową 30-50 mm i z przysłoną f. 2-4. Wystarczy 5 sekund na zmianę przysłony i ewentualnie ISO oraz poproszenie bohatera zdjęcia o zapozowanie, spoglądanie w obiektyw i portret gotowy. 

Dlaczego w powyższych relacjach zabrakło takich zdjęć? 

Przyczyn jest zapewne kilka. Jedną z nich jest przeświadczenie redaktorów prowadzących, że jakiekolwiek zdjęcia będą wystarczająco dobre. Wysyłają oni na relację osoby, które maja jakikolwiek aparat fotograficzny lub smartfon i chęć do fotografowania. 

Faktem jest też, że próbuję przykładać miarę zawodowych fotografów do lokalnych pracowników mediów, którzy nie są fotoreporterami, a chcą po prostu robić zdjęcia, które są traktowane jako "wypełniacz" strony internetowej. Ale w przypadku pierwszego wzmiankowanego tu reportażu, autor zdjęć ma na stronie portalu ponad 30 materiałów, więc jest stałym współpracownikiem, z podanym redakcyjnym e-mailem, nie można więc uważać go za amatora z aparatem w ręku i chciałoby się wymagać nieco umiejętności fotograficznych i warsztatu dziennikarskiego.

Warto też dodać, że o amatorskości w podejściu do relacji z tego wydarzenia świadczy nie tylko jakość zdjęć, ale ilość powtarzających się ujęć i motywów. Rwana narracja, brak spójności w prowadzeniu oka nie ułatwia przebrnięcia przez kilkadziesiąt kadrów. W naszej kulturze, przesyconej wizualnością, obrazami, zdjęciami, przedstawieniami w każdej postaci, oglądanie kolejnych 66 i 46(drugi fotoreportaż) miałkich, powtarzających się zdjęć, stanowi nadmiar jakiego można by oszczędzić widzom. W zamian dając ciekawy, 10. zdjęciowy reportaż próbujący przybliżyć atmosferę zlotu.

Czy w tych fotorelacjach były zdjęcia dobre i interesujące? Były, ale stanowiły ok. 5 procent ogółu materiału:

Rekonstruktorzy siedzą i leżą na tle transportera opanecrzonego
fot. Radosław Brzostek

3 rekonstruktorów w mundurach armii radzieckiej, jeden celuje z karabinu
Fot. Małgorzata Abramowicz


A czy ktoś robi lepsze zdjęcia z tego typu imprez? W sieci znalazłem kilka przykładów z poprzednich  edycji, choć znajdowały się one również wśród niezliczonej ilości fotografii o słabej sile przekazu: 

Grupa rekonstruktorów w mundurach armii radzieckiej z karabinami



Rekonstruktor w mundurze radzieckim w panterkę przy ciężkim karabinie maszynowym


A jak zrelacjonowały fotograficznie to wydarzenie media w pełni profesjonalne? Przykład lokalnego portalu wyborcza.pl pokazuje po raz kolejny, że dobre, czy tylko poprawne zdjęcie można było na tej imprezie wykonać:

strona z "Gazet Wyborczej" ze zdjęciem grupy rekonstruktorów
fot. https://koszalin.wyborcza.pl

Czy warto kruszyć kopie i wymagać wyśrubowanych standardów w relacjach z wydarzeń o randze mniejszej niż mała, pozbawionych trwałych walorów kulturotwórczych i o charakterze zaledwie rozrywkowym? Ten zlot miał akurat jeszcze walor edukacyjny, ale przecież jest wiele fotoreportaży z wydarzeń o znaczeniu iście lokalnym, których obszar zainteresowania wynosi zaledwie kilka lub kilkanaście osób - jak wspomniana relacja z przedszkolnego Dnia Babci i Dziadka

Ale jakże dużo można opowiedzieć o lokalnej społeczności, szkole, dzieciach, rodzicach, nauczycielach mając przed oczyma kilkadziesiąt takich mini-foto-relacji z 30 lat! Toż to prawdziwa kopalnia wiedzy socjologicznej dla przyszłych badaczy! Obrazy, w tym i fotografie będą jednym z głównych, obok słów,  porządków poznania naszych czasów. Warto dokumentować takie wydarzenia, które dziś wydają się błahe i niegodne większej uwagi. 

Fotografowanie to proces subiektywnej eliminacji pewnych momentów i nadawania znaczenia - poprzez utrwalenie - innym momentom i wycinkom zastanej rzeczywistości. Trywializowanie fotorelacji nawet najmniejszych wydarzeń i fotografowanie ich w sposób niechlujny nie sprzyja edukacji wizualnej społeczeństwa. Pozbawia także przyszłe pokolenia wglądu w naszą historię codzienną. Kiedyś tego typu relację będą traktowane jak pełne wiedzy opasłe foliały o zwyczajach przodków. Poza tym, w perspektywie teraźniejszości, takie wydarzenia mają w lokalnych mikrospołecznościach charakter wyraźnie integrujący, są przyczółkiem do budowania wspólnotowej tożsamości i już tylko z tego powodu, zasługują na dobrą dokumentację fotograficzną. 


Z "Magnum" na prowincję

Urok małej lokalnej gazety uwiódł znanego fotografa agencji Magnum - Jonasa Bendiksena, który postanowił odstawić na jakiś czas na bok prestiżowe zlecenia dużych i znanych tytułów i zostać fotoreporterem w skromnej, lokalnej gazecie Bladet Vesterålen, wychodzącej w miejscowości na północy Norwegii, z populacją wynoszącą zaledwie 2000 osób. 

Bendiksen tak tłumaczył swoją decyzję:

„Większość tematów, którymi się zajmowałem w mojej pracy miała związek ze sprawami o charakterze globalnym, które dotyczyły milionów ludzi. Z czasem odkryłem, że zaczyna mnie inspirować zmniejszenie skali zainteresowań i podjęcie próby dłuższego przyjrzenia się niewielkiemu obszarowi, gdzie pozornie nic oczywistego czy dramatycznego się nie dzieje i po prostu obserwowanie dzień za dniem, zwykłego życia w cichym, spokojnym miejscu."

Powstał w ten sposób bardzo interesujący wizualnie cykl fotografii. Z pozoru nieistotne zdarzenia, spotkania zyskały bogatą w treść oprawę fotograficzną redefiniującą - dla wielu - ilustracyjny format lokalnych wiadomości.

Czlowiek w pomarańczowym skafandrze stoi na tle setek suszących się ryb
fot. Jonas Bendiksen/Magnum

2 młode kobiety pracują w polu, po lewej stoi traktor
fot. Jonas Bendiksen/Magnum

urzędnik lokalny stoi po ścianą podczas gdy drugi siedzi na krześle
fot. Jonas Bendiksen/Magnum

widok przez okna, po lewej panorama ośnieżonych gór, po prawej wnętrze domu
fot. Jonas Bendiksen/Magnum

Na koniec wywiadów Bendiksen często powtarza - "Pracujcie w lokalnych gazetach - dopóki istnieją!"

Fotografie szeregowe

Abstrakcyjnie i górnolotnie brzmią hasła fotografa z "Magnum", gdy spojrzymy na kolejny objaw słabej kondycji fotoreportażu polskich mediów lokalnych. Na użytek własny nazywam tę chorobę "notablozą rządkową". 

Chodzi o uporczywe, wielkokrotne publikowanie zdjęć notabli stojących w rzędzie. Zwykle dzieje się tak przy okazji jakiś uroczystości, na które urzędnicy/politycy/goście zostają zaproszeni w celu uczestnictwa w przeróżnym charakterze. Często towarzyszy temu przecinanie wstęgi, o czym pisałem w poście o fotograficznych spektaklach w polskiej polityce  lub symboliczne wbicie pierwszej albo pierwszych łopat na budowie - kolejny rytuał polskiej polityki prowincjonalnej. Tego typu ustawienia są też zmorą reportaży konferencyjnych. 

Nadmierna ekspozycja urzędników i polityków jest być może po części pokłosiem stosunków podległościowych - lokalna gazeta może być wydawana przez urząd miejski, powiatowy czy gminny, bądź chęcią przypodobania się lokalnym decydentom przez "niezależne" media lokalne chcące żyć w zgodzie z obecną władzą.

Ustawianie się do zdjęć polityków, notabli, przedsiębiorców, sportowców, artystów w rzędzie od stóp do głów, jest zjawiskiem powszechnym na całym świecie. Taka jest konwencja zaadoptowana z fotoreportażu "naiwnego" robionego kiedyś - a szczególnie dziś - przez osoby nieznające arkan operowania bliższym i dalszym planem, czyli po prostu amatorów, dla których dobre zdjęcie to takie, które przedstawia wszystkich po równo. Jest to rozwiązanie demokratyczne, ale - nie ma co ukrywać - nudne dla oczu osób nie związanych jakimiś więzami zażyłości z bohaterami zdjęcia. 

Wiadomo, że takie zdjęcia muszą się ukazywać - jest to jedyne ustawienie przyjęte z przyczyn praktycznych, gdzie wszystkich widać jednocześnie i w równym stopniu. Problemem jest tylko z nadużywaniem tej figury w fotoreportażach. Bywają takie relacje, gdzie nie ma innych zdjęć.



fot. Ewelina Burda,  www.dziennikwschodni.pl


fot. GWE24

fot. www.biskupiec.pl  


fot. www.biskupiec.pl  

strona z gazety Puls Wejherowa z fotografiami rzędów osób
fot. Puls Wejherowa


Jak można jakościowo polepszyć sytuację fotografii reportażowej w polskiej prasie i mediach lokalnych? 

Istnieje kilka skutecznych sposobów. Po pierwsze, to podniesienie poziomu edukacji fotograficznej redaktorów naczelnych i prowadzących, ponieważ to oni decydują co "puścić" na papier lub/i na portal internetowy. Presja wywierana przez kierownictwo ośrodków medialnych jest jednym z najlepszych determinantów skoku jakościowego dostarczanych zdjęć. O moim osobistym przypadku w tej kwestii można przeczytać w poprzednim poście o newsowych kryteriach obrazowania demonstracji.

Najbardziej pożądanym zabiegiem jest oczywiście zatrudnienie zawodowego fotoreportera. Trudno sobie jednak wyobrazić, aby każda mała redakcja mogła znaleźć środki na pracownika, którego zadaniem byłoby "tylko" robienie zdjęć i ich obróbka. Niektórym redakcjom to się jednak udaje. Na przykład Tygodnik Podhalański, gazeta i portal z dużymi tradycjami, słynie z dobrych fotoreporterów.

Oto przykład: Otwarcie, po modernizacji, Średniej Krokwi w Zakopanem - wydarzenie ważne, ale - co tu ukrywać - niezbyt fotogeniczne. Przaśne przecinanie wstęgi, poświęcenie przez księdza, przemówienia wąsatych notabli – ot, szarość pstrokacizny polskiej prowincji. Pomimo tego, otrzymujemy od Macieja Jonka rasowy fotoreportaż z kilkoma zwyczajowymi, jak na taką okazję przystało, fotografiami:

grupa osob siedzi w maseczkach na krzesłach przy stołach w sali

przecinanie wstęgi przez 5 osób, w tym Kamila Stocha

i kilkoma portretami:


potret 3 młodych kobiet w strojach krakowskich

3 stojące osoby, w środku Kamil Stoch

Co jednak warte podkreślenia, wszystkie te zdjęcia są profesjonalnie wyostrzone skadrowane, obrobione i rzeczowo, metodycznie dokumentują przebieg wydarzenia, które powinno zostać zapisane w wizualnej mikrohistorii Zakopanego. 

Rozwiązaniem dla  redakcji mniejszych, o skromniejszych budżetach niż Tygodnik Podhalański czy Dziennik Wschodni może być zatrudnienie dziennikarza z umiejętnością robienia poprawnych zdjęć i relacji video. W lokalnych mediach "poprawne" to już znacząco sporo. Dziennikarze, którzy kończyli studia stosunkowo niedawno, mieli na pewno w programie nauczania techniki cyfrowej dokumentacji fotograficznej i filmowej. Dobry smartfon z dyktafonem (z niewielkim statywem stabilizującym do nagrywania video), który jest wyposażony aparat fotograficzny i kamerę video służy dziś wielu dziennikarzom jako podstawowe narzędzie pracy, a jego możliwości są większe niż profesjonalnego sprzętu nagrywającego sprzed kilkunastu lat. 

Ten model - fotografujący dziennikarze - sprawdza się w jednym z najlepiej sprzedających się pism lokalnych - "Tygodniku Zamojskim", który od lat trzyma dobrą formę i sprzedaje kilkanaście tysięcy egzemplarzy tygodniowo (dane z Press 3-4, 2020, s.88)

Obsługa aparatu cyfrowego wyposażonego z możliwość nagrania video nie stanowi wielkiego wyzwania intelektualnego. Podstawowego operowania czasami, przesłoną i ISO można nauczyć się zaledwie w kilka godzin. Estetyczny zmysł fotograficzny przychodzi z czasem albo wcale, ale podstawowych zasad zrobienia dobrego portretu można nauczyć się z YouTube równie łatwo. Niby wszystko jest proste, a i tak widz jest katowany ujęciami takim jak to, ze wspomnianego Zlotu Zimnowojennego:


Nastolatka w mundurze wojskowym o rudych włossach stoi tyłem
Fot. Małgorzata Abramowicz

Moim zdaniem, najlepsze jest rozwiązanie hybrydowe i współpraca zewnętrzna. Szkolenia z zakresu podniesienia kompetencji w formułowaniu przekazu wizualnego dla dziennikarzy są niezwykle cenne i pożądane, z drugiej zaś strony warto upubliczniać zdjęcia amatorów, którzy mają czasem świetny warsztat, sprzęt i "dobre oko". Wielu z nich przeszło już etap zalewania swoich kont mediów społecznościowych tysiącami zdjęć. Reguły, które rządzą obrazami w mediach społecznościowych są inne niż te, które obowiązują w fotografii dokumentalnej.

Zdjęcie jako wyraz chęci podzielenia się doświadczeniem chwili, emocjami, nawet najbardziej banalnymi (fotografie śniadania) - wszystko aby utrzymać wizualny dyskurs ze znajomymi i podbić swoją autoprezentację to domena mediów społecznościowych w ich rudymentarnym, prywatnym użyciu. Dominacja w potoku zdjęć momentów "niedecydujących" jest być może odpowiednikiem "small talks" w języku mówionym - same słowa (lub obrazy) znaczą niewiele, ale liczy się fakt rozmowy, utrzymania kontaktu, dzielenia się swoimi odczuciami i reagowania na odczucia innych.

Reguły fotografii dokumentalnej to selekcja, nadawanie znaczenia, szukanie tematów istotnych z jakiegoś punktu widzenia. Wśród fotografów-amatorów zachodzi czasem zmiana i z poziomu "fotek" przechodzą na poziom fotografii dokumentalnej, robią zdjęcia świadomie wybierając tematy, kadry, ustawienia.

Model polityki wizualnej małej redakcji bazujący jednocześnie na fotografujących dziennikarzach i współpracy z lokalnymi amatorami uważam za najbardziej rozwojowy. Istnieje cała masa osób, które fotografują hobbistycznie i bywają na ogólnodostępnych imprezach, koncertach, festynach, marszach, demonstracjach itp. Kupienie od takich osób kilku zdjęć z festynu za parędziesiąt zł, nie nadszarpnie budżetu redakcji, okrasi dobrymi ilustracjami stronę w gazecie i na portalu, co wzbudzi zainteresowanie widzów i przy okazji zwiększy "klikalność". Bywają wszak amatorzy-fotografowie, którzy mają bardzo rozbudowaną sieć osobistych relacji na różnych mediach społecznościowych i ich post z linkiem do portalu, w którym użyto jego/jej zdjęcia może znacznie zwiększyć zasięg dotarcia informacji. Nie musi to być "ekranolatek" z tysiącami znajomych i obserwatorów, ale zupełnie wystarczy osoba z kilkudziesięcioma aktywnymi znajomymi, którzy dalej przekażą post i wiadomość już zatoczy, jak na lokalne media, spory krąg informacyjny.


Takie podejście do pozyskiwania zdjęć wymaga wielu zabiegów przygotowawczych i weryfikujących, ale przynosi wymierne korzyści na płaszczyźnie merytorycznej i finansowej. Pierwszym etapem jest znalezienie na lokalnym gruncie osób lubiących i umiejących fotografować. Konta mediów społecznościowych są tu nieocenionym źródłem. 

Następnie, trzeba spotkać się z takimi foto-amatorami i przedstawić im założenia i warunki współpracy,  w tym: zasady robienia zdjęć interesujących z punktu widzenia informacyjnego, aby własna historia nie przesłoniła sprawy ogólnej, kilka zasad etycznych dotyczących fotografowania, sposoby przesyłu zdjęć do redakcji, warunki otrzymywania niewielkiej zapłaty za zdjęcia, itp. Warto też uprzedzić nowych współpracowników, że ich fotografie będą musiały przejść proces uwiarygodnienia, porównania z innymi relacjami, żeby redakcja miała pewność, że - na przykład - dostarczone zdjęcie jest z tegorocznego biegu przełajowego, a nie z edycji ubiegłorocznej. 

O rosnącej roli amatorów, nie tylko w sferze zdjęć newsowych, ale głównie za sprawą dziennikarstwa obywatelskiego i mediów społecznościowych, w konstruowaniu strategii informacyjnej mediów głównego nurtu pisał już w 2013 roku Fred Ritchin, w swojej książce "Bending the Frame. Photojournalism, Documentary, and the Citizen"(Naginając kadr. Fotodziennikarstwo, dokument i obywatel).  

Autor podaje przykłady wielu projektów fotograficznych (s.38n), które niejako "buntują" się przeciwko narzucanym przez media głównego nurtu dziennikarskim schematom narracyjnym. Chcą przekazywać swoje historie poprzez swoje wizje i środki wyrazu, pozostające w nurcie "slow photojournalism" - tj. bez presji czasu, bez zależności finansowych obecnych w przypadku pracy w redakcji i bez narzucanych przez nią paradygmatów ujęcia tematu, ale z równie wysokimi wymaganiami jakościowymi. Takie podejście może w istocie ubogacić dokumentowanie naszej rzeczywistości i zdemokratyzować przekaz jaki niosą media tradycyjne i internetowe.

Może warto zajrzeć co się dzieje, na przykład wewnątrz demonstracji, bo zwykle widzimy tylko zdjęcia jak ona wygląda z zewnątrz, z perspektywy obserwatora, nie uczestnika. Albo spojrzeć na zmiany w przestrzeni miejskiej - nowe budowle, ulice, place - nie z perspektywy ich otwarcia z przecięciem wstęgi, ale z punktu widzenia ich codziennego użytkowania przez zwykłych mieszkańców, którzy pieką się żywcem na zabetonowanych polskich rynkach, które w ramach rewitalizacji (sic!)  zaszpeciły przestrzeń polskich miast.

Ritchin podkreślał także rolę zawodowych dziennikarzy, bo ważny jest nie tylko "news", ale i jego osadzenie w głębszej perspektywie, a tej umiejętności często brakuje niezawodowym fotografom.

Kontynuując ten wątek, warto jeszcze dodać dla wyjaśnienia, że powyższe uwagi o udziale amatorów w dostarczaniu zdjęć newsowych dotyczą zdjęć ilustracyjnych.

Rozbudowane fotoreportaże problemowe, wnikające w trudniejsze zagadnienia, wymagające dogłębnej analizy teoretycznej i wizualnej tematu może w zasadzie przygotować tylko osoba o odpowiedniej dozie fachowej wiedzy i doświadczenia.

Choć z drugiej strony, tego typu podejście, mogłoby na przykałd mieć fenomenalny efekt w projekcie o polskiej prowincji. "POPISowska bieda" czai się z dala od głównych szos i dużych miejscowości. Lokalni fotografowie-amatorzy w kooperacji z zawodowcami mogli dostarczyć na prawdę ciekawy obraz takiego zjawiska.


Podniosą się zapewne głosy, że praktyka pozyskiwanie zdjęć od amatorów to zabieranie zarobku zawodowym fotografom. Tak by na pewno było, gdyby alternatywą było zatrudnienie fotoreportera, a takiego ciężaru finansowego budżety większości mediów lokalnych nie są w stanie udźwignąć. Udział osób zaangażowanych w sprawy lokalne i robiące przy tym zdjęcia dokumentalne są nieocenionym wglądem w tkankę społeczeństwa od środka, wglądem innym niż ujęcia patrzących z zewnatrz fotoreporterów i mogą być też pewną odtrutką na ekspansję płycizny i banalności wylewających się szerokim ściekiem z kont patoinfluenserów w mediach społecznościowych.

niedziela, 11 lipca 2021

Gębić, gębić, gębić!

Dobrze pamiętam jedno z moich pierwszych zleceń fotograficznych, była to relacja z masowej ulicznej demonstracji. 

Po proteście przybiegłem jak najszybciej do redakcji z około setką zdjęć, i 99 z nich zostało odrzuconych przez redaktora głównego, a to jedno przeszło z dalszą adnotacją - "złe, ale coś musimy puścić przy informacji tekstowej".

Czekała mnie pouczająca rozmowa na temat preferencji wizualnych czytelników, która była jednym ze znaczących etapów mojej teoretycznej edukacji fotograficznej, bo technicznie już umiałem robić zdjęcia - nie wiedziałem tylko jakie powinienem robić, aby komunikowały one określone informacje. Teoretyczną edukację fotograficzną przechodziłem już w trakcie dostarczania zdjęć newsowych, bo moim największym atutem w małej redakcji - w tamtych zamierzchłych czasach - było posiadanie cyfrowego aparatu umożliwiającego szybki transfer zdjęć do komputera.

Twarz demonstracji

Demonstracja była dość liczna i spokojna - jakieś kilka tysięcy ludzi i wydawało mi się, że najważniejszym przekazem powinna być ilość demonstrantów i robiłem różne ujęcia w taki sposób, aby w kadrze były pokazane jak największe tłumy. Tymczasem, redaktor główny liczył, że przyniosę mu jakieś zbliżenia twarzy osób biorących udział w proteście. Historia opowiedziana przez jedną lub kilka twarzy jest dużo bardziej sugestywna niż tysiące anonimowych głów.


Po latach rozumiem, co nim kierowało, wtedy jednak z trudem docierało do mnie, że nie zrobiły dobrego wrażenia całkiem ostre zdjęcia tysięcy głów na ulicy.

- Gębić, gębić, gębić - usłyszałem z ust redaktora – Chcę patrzeć na twarze, nie na morze głów - dodał.

Ludzie wchodzą w interakcje ze zdjęciami, na których widzą ludzkie twarze - ładne, brzydsze, uśmiechnięte, zatroskane, gniewne - jakiekolwiek wyrażające jakieś emocje. Następna niepisana reguła mówi, że im wyrażanie emocji jest bardziej ekstremalne, tym lepiej dla zdjęcia.

Z czasem nauczyłem się, na co zwracać uwagę na ulicznych demonstracjach i zacząłem przynosić do redakcji kadry bardziej przemyślane i docierające - taką mam nadzieję - głębiej do wyobraźni odbiorców.

5 studentów na czele marszu z wielkim biletem lotniczym
Protest studentów w Dublinie, Irlandia 2010. fot. Tomasz Szustek


Protestujący przeciw rządowi, irlandzki robotnik trzyma w rękę w górze z zaciśniętą pięścią i krzyczy przez megafon
Antyrządowy protest w Dublinie 2010. fot. Tomasz Szustek


2 starszych panów na czele marszu protestacyjnego
Protest rolników, Dublin, 2012, fot. Tomasz Szustek

Ręce w górze mile widziane

Oczywiście, jeśli relacja z protestu lub demonstracji będzie zawierać kilka zdjęć, to będą potrzebne kadry ukazujące skalę tego wydarzenia.


Tłum manifestantów na Trafalgar Square w Londynie


Zawsze dobrze jest zrobić kilka ujęć szerokich, z dystansu, jeśli to możliwe pokazujących jakiś ruch, zmianę (np. idący tłum, komunikację między ludźmi w tłumie, z policją, itp). Często jednak, edytor będzie musiał wybrać jedną fotografię i w większości wypadków będzie to bliski lub średni kadr.

Kobiety trzymają 3 plansze z hasłami na demonstracji w Waszyngtonie
fot. Cliff Owen/AP




Kobieta trzyma rękę wzniesioną podczas demonstarcji Blac Lives Matter
fot. Leah Millis/Reuters


Szczególnie jeśli demonstracja odbywa się w Azji, Afryce lub Ameryce Południowej, zachodni widz wydaje się spragniony egzotycznych postaci w protestacyjnym szyku, najlepiej w oryginalnych, tubylczych strojach.


4 Indian ubranych w tradycyjne stroje i pióropusze podczas potestu
fot. Ueslei Marcelino/Reuters


Nadzwyczaj często zdjęcia są w dzisiejszych czasach tylko uzupełnieniem materiałów wideo, które lepiej ukazują dynamikę tłumnych demonstracji. Tym istotniejszym wydaje się nadać masowym protestom twarz uczestników lub uczestniczek. Oto kilka przykładów amerykańskiej fotografki Evelyn Hockstein


Protest antytrumpowy przed Białym Domem w Waszyngtonie
fot. Evelyn Hockstein/Reuters. 



Audrey Lin chants during a demonstration by the Sunrise Movement outside the White House
fot. Evelyn Hockstein/Reuters



Te uwagi dotyczą jednak tylko masowych demonstracji, które przebiegają w sposób pokojowy i w miarę zorganizowany. W takim przypadku mamy nieco ograniczony zakres tematyczny zdjęć. Są to ujęcia wspomnianych postaci lub twarzy, ogólny widok demonstracji lub hasła, transparenty i "gadżety" używane podczas masowych ulicznych demonstracji, o których pisałem w kontekście teatralizacji nowoczesnych protestów.

Poszukiwanie symboliki

Naturalnym także wydaje się mimowolne poszukiwanie w ujęciach sytuacyjnych na demonstracji, manifestacji czy marszu protestacyjnym jakiejś symboliki, skrótowego ujęcia tematu, gestu, który by podsumował wykrzyczane hasła, napięcie, gniew, rozgoryczenie itp. Czasem się to udaje, ale nie zawsze. Nie jest to metoda na zrobienie genialnego zdjęcia, ale tak przeważnie fotoreporterzy działają - poszukują podsumowania sensu protestowania w jednym kadrze. Masowe protesty mają to do siebie, że są w dużym stopniu steatralizowanym spektaklem, z całą masą zachowań wyreżyserowanych, przygotowanych wcześniej, bądź robionych "na pokaz".

Demonstracje całkiem niepokojowe

Zupełnie inaczej ma się sprawa w przypadku demonstracji, które wymykają się spod kontroli. Napierający tłum, szarpaniny z policją, starcia z kontrprotestującymi, pożary, wtargnięcia do budynków urzędów, centrów handlowych, akty wandalizmu, ranni, niekiedy zabici - to wszystko przyćmiewa poprzednią hierarchię, wysuwając na pierwszą linię zdjęcia, które ekspresyjnie obrazują dynamikę interakcji, dają wgląd w kluczowe akty przemocy, obrazują przebieg dezintegracji pierwotnej demonstracji. Dużo łatwiej wtedy o uchwycenie kadrów symbolicznych, które ucieleśniają w swoim wydźwięku hasła, pod którymi ludzie przyszli na protest, emanują wściekłością i gniewem tłumu. Żeby zrobić takie zdjęcia, potrzeba już zestawu nieco innych fotograficznych umiejętności. Ale o tym innym razem.