środa, 17 października 2018

"Andrzej Duda. Agata Kornhauser-Duda. Trzylecie prezydentury" - recenzja fotograficzna


Pojawienie się albumu fotograficznego dokumentującego dwa lata prezydentury Andrzeja Dudy było wydarzeniem dość nieoczekiwanym, a sama publikacja epatująca pompatycznym i ubrązowiającym stylem nie wzbudziła wielu pozytywnych recenzji. Pisałem o nim  tutaj
Jakże zatem opisać jeszcze większe „nieoczekiwanie” towarzyszące ukazaniu się następnego albumu, znów podsumowującego, tym razem zupełnie nie-okrągły okres 3-lecia prezydentury?



(PDF albumu do pobrania ze strony Kancelarii Prezydenta RP  tutaj)
Zdziwienie przechodzi w przeczucie, że za rok i za dwa lata znów możemy się spodziewać nowych „podsumowujących” wydawnictw Kancelarii Prezydenta RP. Ale mniejsza o ideę publikacji, ważne co jest w środku - czy uległ zmianie styl fotonarracji? Czy będziemy mieli dokumentację prezydentury w sposób, który nie uśpi oka po 5 stronach, czy fotoedytorzy skończą z naiwnym pomysłem budowy dumnej ikony prezydenta w oparciu schematyczny dobór wciąż tych samych motywów?
Niestety. Album zawiera 185 zdjęć i przytłaczająca większość z nich stanowi stylistycznie i merytorycznie kontynuację poprzedniego albumu. Epatowanie polską flagą i barwami narodowymi na każdym niemal zdjęciu, na którym pojawia się prezydent, powoduje uczucie neofickiej nachalności, namiętna pogoń za prostą symboliką patriotyczną ogranicza zakres tematyczny zdjęć. Bardzo dużo jest też zdjęć uścisków dłoni, w kontekście rozmów politycznych. Gest to doniosły ale wizualnie wielce nudny. 

fot. Jakub Szymczuk (lewe), Krzysztof Sitkowski (prawe)

Można odnieść wrażenie, że fotografowie i fotoedytorzy zrezygnowali nieco z prób pokazania prezydenta w sposób interesujący dla widza, skupiając się na „bogoojczyźnianej” wyliczance wizyt państwowych, przemówień, składaniu kwiatów, wręczaniu odznaczeń i oglądaniu występów zespołów pieśni i tańca. Intersujące, spontaniczne, niepozowane, wielowątkowe, frapujące zdjęcia prezydenta Dudy gdzieś na pewno są - całkiem sporo z nich można zobaczyć na prezydenckim Twitterze czy Instagramie. Zaledwie kilka z nich zostało włączonych do albumu na trzylecie.
Tych kilka ujęć, prezentowanych poniżej, wyróżnia się bardzo pozytywnie. Za tym ożywczym podmuchem w dokumentowaniu wizerunku prezydenta stoi nowy prezydencki fotograf – znany i ceniony reportażysta Jakub Szymczuk, który dołączył do zespołu prezydenckich fotografów.  Wieloletnie doświadczenie prasowe jest wyraźnie widoczne w jego kadrach. Widać w nich starania, aby zainteresować widza swoim wyborem momentu naciśnięcia migawki, a nie tylko biernie dokumentować rozwój wypadków – z tym zjawiskiem mamy do czynienia w większości zdjęć z albumu na trzylecie prezydentury i w poprzednim – na dwulecie.

Zdjęcie z myśliwcem za oknem oraz z żołnierzem (w Korei) również za oknem (motyw ten sam ale jakże odmienne konteksty!) są moim zdaniem najciekawszymi ujęciami z prezydenckiego albumu. W końcu mamy też zdjęcie pary prezydenckiej w pozie swobodnej, niewymuszonej - pomimo pozowania - i natychmiast budzącej sympatię widza. Gdzie się podziały tego typu zdjęcia z poprzednich 3 lat?
fot. Jakub Szymczuk

 
fot. Jakub Szymczuk

fot. Jakub Szymczuk

fot. Jakub Szymczuk

fot. Grzegorz Jakubowski

W zasadzie nowa foto-książka dubluje w 2/3 poprzednie wydawnictwo i może z tej przyczyny, radykalnie wzrosła liczba zdjęć poświęconych działalności Pierwszej Damy, która w pierwszym albumie nie zajmowała aż tak wiele miejsce. Na ponad 45% znajdujących  się w najnowszym albumie zdjęć, Agata Kornhauser-Duda pojawia się bez męża-prezydenta.
Można by życzyć prezydenckim fotografom, żeby częściej widzieli w działaniach prezydenta i jego otoczenia przejawy życia niż wykonywania obowiązków. Warto też częściej zwrócić obiektyw ku peryferiom wydarzeń, gdzie ludzie, ich zachowania, a nawet przedmioty, pozbawione bezpośredniego łącza z głównymi bohaterami oblekają się nietuzinkową siecią nowych wizualnych znaczeń.
Fotografia , której głównej osi nie stanowi osoba prezydenta też może o samym prezydencie wiele mówić.
Jeszcze tylko wspomnę o zdjęciu, które nie powinno się znaleźć w tego typie publikacji, z tej tylko racji, że jest źle wykonane technicznie- to poniższe zdjęcie z otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Pjongczangu. Ujęcie jest nieostre - postacie poruszone- niezbyt ciekawe treściowo. Z pewnością można by je zastąpić innym - ciekawszym i poprawniejszym technicznie.

fot. Jakub Szymczuk

Omawiając dokonania prezydenta Andrzeja Dudy w świetle zapisu fotograficznego, nie można pominąć żenujących wpadek jakie były jego udziałem, i które wzbudziły znaczący sprzeciw co do sposobu w jaki sprawuje swój urząd. Z pewnością nie nadają się do zamieszczenia w okolicznościowym albumie.
 Pierwsza sytuacja grzęźnie w niesmacznej atmosferze występu roznegliżowanych dzieci tańczących przed notablami, w tym przed prezydentem, który mógłby jakoś zareagować (opuścić salę, zasugerować zmianę w harmonogramie), ale niestety został przyłapany z idiotycznym uśmiechem na ustach w otoczeniu biskupa i polityków. Osoby odpowiedzialne za przygotowanie tego „występu artystycznego” wykazały się zupełnym brakiem wrażliwości wizualnej i zwykłej przyzwoitości względem dzieci ich rodziców.


fot. Dawid Żuchowicz

Druga sytuacja - przedstawia Polskę jako kraj-wasala wobec Stanów Zjednoczonych. To słynne zdjęcie przy biurku prezydenta USA Donald Trumpa okraszone twittami naszego prezydenta zawierającymi liczne błędy językowe (równie słynny "Ford Trump"). Niektóre komentarze można znaleźć tutaj lub tutaj
fot. Twitter @ realDonaldTrump 


Na zakończenie jeszcze jedno zdjęcie, które można znaleźć na prezydenckim koncie Flickr, a które nie znalazło się w albumie, a szkoda. Dla porównania poniżej zdjęcie tego samego motywu robienia selfie z prezydenckiego albumu - dużo mniej interesujące.

fot. Jakub Szymczuk

fot. Jakub Szymczuk


Na koniec jeszcze, by móc także spojrzeć- jak robią to inni - kilka ciekawszych zdjęć z prezydentury Emmanuela Macrona. Na instagramowym koncie prezydenta Francji znajduje się sporo schematycznych fotografii uwieczniających stałe, nudne elementy obowiązków głowy państwa, ale znajdziemy tam ujęcia- dużo liczniejsze niż u polskiego prezydenta- które stanowią o atrakcyjności i pomysłowości wizualnej narracji prezydentury Macrona.


fot. z konta Instagram @emmanuelmacron





sobota, 3 lutego 2018

Najlepsze zdjęcia reportażowe 2017- wybór osobisty

Pośród ubiegłorocznych tematów, które z pewnością będą wymagały wizualnych śladów w konkursach fotografii prasowej znajdują się: exodus ludu Rohingya z Mjanmy(daw. Birma) do  Bangladeszu uciekającego przed nacierającymi wojskami rządowymi, wyzwolenie Mosulu i klęska ISIS oraz tragiczna w skutkach strzelanina podczas koncertu w Las Vegas.

O ile z frontu walk z ISIS dostępnych jest  wiele fotoreportaży, to żaden nie wywarł na mnie wyjątkowego wrażenia. Podobna sytuacja - z  tysiącami dostępnych zdjęć- ma miejsce w przypadku exodusu Rohingya, ale tutaj jest, jak dla mnie, jeden wybitny reportaż.

Niezawodny Moises Saman dotarł do najbardziej trudnych odcinków drogi jaką przemierzają Rohingya. Czarno- białe zdjęcia, zrobione z perspektywy kanału porażają autentyzmem. W dzisiejszych czasach, gdy autentyzm zdjęcia reporterskiego  jest wyjątkowo cenny, Saman  nie ma problemu z jego uprawomocnieniem w swoich zdjęciach. Cała seria zdjęć dowodzi, że sytuacja była prawdziwa, a napiętą i niepewną atmosferę widać w każdym czujnym spojrzeniu ludzi uciekających przed prześladowaniami.

Coraz więcej fotografów sięga w poszukiwaniu nowych ujęć po drony i z dumą prezentuje zrobione ujęcia z kilkudziesięciu metrów z góry.  Moises Saman robi coś dokładnie odwrotnego - wchodzi do brudnego kanału melioracyjnego i metodycznie, ocierając się o przechodzących koło niego uciekinierów przedstawia anatomię lęku, wstyd współczesnej Azji.

Podczas gdy agencja Magnum rokrocznie zadziwia środowisko fotograficzne swoimi egzotycznymi wyborami nowych członków, stając się agencją bardziej artystyczną niż reporterską, Saman oraz paru innych (Sessini, Meloni)  ratują dobre imię tradycji bycia sumieniem świata zachodniego, a bywały czasy, kiedy fotografowie, na spółkę z dziennikarzami, byli w ten sposób nazywani.


Tradycja ta, która dla wielu jest tylko spuchniętym  mitem, ulega obecnie rozmyciu wraz z postępującym banalizowaniem tych zawodów, a raczej banalizowaniem przedmiotów ich zainteresowań. Póki jednak są tacy fotoreporterzy jak Saman, na szczęście nie będziemy spać spokojnie.
Fot. Moises Saman/Magnum


Fot. Moises Saman/Magnum

Równie niepokojące obrazy zarejestrował fotograf Getty Images David Becker. W amerykańskim Las Vegas rozegrał się kolejny krwawy dramat z szaleńczym strzelcem w roli głównej. Fotografie Beckera nie są nadzwyczajnie skomponowane czy przepracowane koncepcyjnie - intuicyjne zapewne dobieranie kadrów zaowocowało wizualnym świadectwem, z którego wyrastają niepokój i obawa, mówiące wiele o kondycji współczesnego społeczeństwa w USA.


fot. David Becker/Getty
fot. David Becker/Getty




Na koniec jeszcze zdjęcie, któremu nie potrafię się oprzeć. Przedstawia banalną z pozoru sytuację. W Stanach Zjednoczonych na banknotach widnieją podpisy Sekretarza Stanu oraz Narodowego Skarbnika. Tradycyjnie nowy Sekretarz Stanu pokazuje się z pierwszym arkuszem jednodolarowych banknotów wydrukowanych z jego/jej podpisem. Jak wiele jego poprzedników na tym stanowisku,  nowo mianowany Sekretarz Stanu Steven Mnuchin pozuje przed fotoreporterami z takim arkuszem. Jednak to jego żona, stojąca obok Louise Linton kradnie show. Może to jej czarne rękawiczki, może mimika, może zderzenie tych obu elementów z widokiem podszytego pożądaniem arkusza banknotów, a może blond fryzura z zielonym dolarem w masowej odsłonie, może wzrok wbity w fotografa podczas gdy sam Sekretarz Stanu jowialnie patrzy w bok - sprawiają, że niepokój niepewnej proweniencji wkrada się w ten kadr. I jest to także przykład, że i w banalnych sytuacjach tkwią zarzewia ciekawych i intrygujących fotografii.

fot. Jacquelyn Martin/AP

piątek, 29 grudnia 2017

Polityczne foto-wpadki roku 2017


Końcówka roku wzmaga zwykle tendencje do podsumowań, wyłaniania  „10 naj” itp.  W sferach kultury wizualnej również takie listy są kreowane.  Będziemy je  mogli  oglądać w najbliższych dniach i tygodniach, później- w rezultatach corocznych konkursów. Kilka pierwszych przykładów "ubiegłorocznych notowań fotogrfaicznych": portal Reading the Pictures  oraz  magazyn Time.
Nie mamy jeszcze wszystkich najważniejszych zdjęć z przeciągu całego roku, trudno zatem jeszcze ostatecznie wyrokować co do najlepszych fotografii. Ale całkiem sprawnie można skupić się na, moim zdaniem dwóch, najbardziej fatalnych foto-wpadkach  roku 2017.

Pierwszy przykład całkowitego braku wyczucia sytuacji i gustu spłynął z Puerto Rico, gdzie prezydent USA Donald Trump udał się we wrześniu z wizytą po katastrofalnym w skutkach huraganie Maria. Podczas gdy prawie 3 miliony ludzi pozostawało bez elektryczności, z limitowanym dostępem do wody, a wielu bez dachu nad głową – prezydent Trump dał się namówić na spontaniczną akcję rzucania w tłum jego zwolenników papierowymi ręcznikami.

fot. Jonathan Ernst/Reuters

fot. Evan Vucci

fot. Jonathan Ernst/Reuters

Faktem jest, że cała sytuacja wynikła mimowolnie, ale nawet niedoświadczony polityk mógłby sobie wyobrazić jaki będzie oddźwięk konfrontacji ogromu ludzkich tragedii i bieżących potrzeb z widokiem otłuszczonego prezydenta karykaturalnie imitującego styl rzucania piłki koszykarskich gwiazd NBA. Żeby zrobić pełne wymowy zdjęcie nie trzeba było w tamtym pomieszczeniu używać żadnych głębszych zabiegów. Prezydent Trump i jego współpracownicy dali wszystkim okazję do uwiecznienia fatalnej niekompetencji w kwestii kreowania wizerunku.

To blamaż w kwestii wizualnej, który miał swoją niechlubną kontynuację w ofensywie twitterowej prezydenta Trumpa skierowanej przeciw mieszkańcom wyspy (których nazwał „leniwymi”) i władz wyspy (które krytykował za rzekomy brak niesienia pomocy) bezpośrednio po przejściu niszczycielskiego huraganu. Jeszcze przed tymi tragicznymi wydarzeniami, prezydent wypominał wyspiarzom ich dług wobec rządu USA, dając niewydumane odczucie pomruków władz w kolonialnym stylu, co nie spodobało się wielu kręgom politycznym.

Przeskoczmy na nasze rodzime podwórko i zobaczmy jak w podobnych okolicznościach radził sobie polski rząd. I w Polsce zdarzyła się tragedia meteorologiczna o niespotykanej sile. W sierpniu po powiecie chojnickim przetoczyła się nawałnica niszcząc tysiące hektarów lasu, zabijając dwoje nastolatków na obozie harcerskim i wyrządzając wielomilionowe szkody w infrastrukturze regionu. Ocena merytoryczna pomocy rządu i administracji lokalnej jest - tak jak w przypadku wizyty Donalda Trumpa w Puerto Rico - tematem na osobne rozważania. Tutaj zajmiemy się tylko wizualnym przekazem zamieszczonym, o zgrozo, na twitterowym koncie rządu. Na poniższym ujęciu nie ma przypadkowości, spontaniczności. Scena konferencji prasowej jest przygotowana rozmyślnie, skrupulatnie i symetrycznie. Należy się uznanie za przewidzenie tego typu spotkania, ale przygotować takie spotkanie też trzeba umieć. Odwoływanie się do wzorców sprzed kilkudziesięciu lat nie jest już dobrym pomysłem na kreowanie wizerunku rządu w XXI wieku.

fot. Kancelaria Premiera / Twitter


Nikt z doradców rządowych nie zdawał sobie sprawy, że prężenie muskułów w postaci dumnie, pod sznurek ustawionych samochodów strażackich wyjdzie na fotografii komicznie. Wszyscy śmiejemy się ze wschodnich autorytarnych krajów, których poziom życia mieszkańców jest mizerny ale defilady wojskowe wypadają niezwykle okazale. Prezentowanie (rzekomej) potęgi państwa poprzez równe szeregi ciężkiego sprzętu było i w naszej socjalistycznej rzeczywistości powszechne. Ale to było kilkadziesiąt lat temu…
Zdjęcie to komunikat nie tylko w warstwie bezpośredniej, treściowej ale również w warstwie estetycznej,  kompozycyjnej.

Z namolnym uporem fotograf Kancelarii Premiera używał dużych wartości przysłony, aby ustawione rzędem samochody były  na pewno dobrze widoczne. Nie można było pozbyć się quasi teatralnej sztuczności całej konferencji, ale fotograf mógłby spróbować kilku koncepcji zdjęcia w kwestii przysłony, by potem wybrać najlepsze ujęcia. Zrobił to inny znajdujący się na miejscu fotograf prasowy, Daniel Frymark i efekt - o ile można było z tej sytuacji wydobyć coś więcej - jest o wiele ciekawszy. Zredukowanie głębi ostrości poprawiło estetykę zdjęcia, a sporo dało także "wycięcie" z widoku kabli mikrofonów.

fot. Daniel Frymark


Czy naprawdę politycy rządowi sądzą, że w takiej scenerii i w takich pozach przed mikrofonami wypadają korzystnie? Zdjęcie polityczne nie tylko informuje ale i odnosi się do rzeczywistości, otwiera na oścież drzwi do wielowątkowych interpretacji. Jak odczytać fakt, że każdy z bohaterów tej ustawki patrzy w inną stronę? Nerwowe zakrywanie skrzyżowanymi rękoma podołka, ratowanie się podręcznikową „kopułą” z ułożoną z dłoni czy praktykowane przez rządu PiSu trzymanie dłoni w dłoni – wszystko to wygląda fatalnie. Dodatkowo na zdjęciu z Chojnic wdziera się niespodzianie nowy aspekt kabaretowy w postaci strażaka z rękami bezradnie opuszczonymi i czapką rodem z videoclipów wokalistów hip-hopu, którymi niestety charakteryzuje się wiele polskich służb, w tym policja.


Komiczny jest także kontrast miedzy „rodem ze Wschodu” metodami zarządzania przestrzenią za i przed politykami (ustawione rzędem samochody i mikrofony, wyuczone gesty rąk), a nieładem jaki wprowadza chaos splątanych kabli od mikrofonów, którymi ważne słowa polityków spływają do społeczeństwa. Zdjęcie pochodzi z konta rządu RP na Twitterze i jest to, biorąc pod uwagę negatywne nacechowanie przekazu jaki bije ze zdjęcia, dość zaskakujące.

Doradcy naszych polityków nie odrobili lekcji obrony dobrego wizerunku swoich pracodawców i również nie zaznajomili się z mechanizmami wielowarstwowego odczytywania fotografii. Wystarczy, zamiast na Wschód, spojrzeć na przykłady innych przywódców świata zachodniego, którzy dbają o należytą reprezentację siebie jako polityków. Generalnie rozwiązania są dwa. Albo pozwala się podejść dziennikarzom dość blisko i odpowiada na pytania do mikrofonów podstawionych niemalże „pod nos” i wprost do kamer - to wariant tylko dla wyjątkowo pewnych siebie polityków.

fot.Reuters

 
fot. Forum
Można się też zaopatrzyć w przenośne pulpity(na zdjęciach poniżej) - co daje politykom więcej swobody - i sprawia, że nie muszą nerwowo zastanawiać się co zrobić z rękami, mogą posiłkować się materiałami pisanymi położonymi na pulpicie i - co też ważne – dystans dzielący ich od dziennikarzy daje im więcej poczucia pewności i bezpieczeństwa. O to chyba chodziło premier Szydło w wystąpieniu w Chojnicach, sądząc po ustawieniu całej sceny i odsunięciu dziennikarzy na sporą odległość.



 
przenośne pulpity do improwizowanych konferencji prasowych 
fot. Shealah Craighead (lewe) Stefan Wermuth/Reuters (prawe)

czwartek, 14 grudnia 2017

Portret jako porażka dokumentalisty?


Pośród prac wielu fotografów dokumentalistów dostrzegalna jest dominacja fotografii portretowej, która nie zostawia wystarczająco szerokiego pola na potrzeby obrazów wielowarstwowych, skomplikowanych, refleksyjnych. Może to i po części mcdonaldyzacja rynku fotografii dokumentalnej, wina natłoku nowych materiałów, efekt tysięcy aspirujących fotografów mających dostęp do tysięcy nowych osób godzących się na sportretowanie? Ale twarz, portret, spojrzenie, grymas przyciągają widza nieodparcie od tysięcy lat - w malarstwie, rzeźbie czy teraz w fotografii.

Portrety są, jakby się można spodziewać, formą łatwiejszą, nie wymagają żmudnego drenażu sytuacji, miejsc, układów, kontekstów, znaczeń. Wszystko co ważne, to zdobyć zaufanie osoby portretowanej. Dużo to w istocie, ale i niewiele, jeśli temat materiału jest znaczeniowo obszerny i obejmuje zjawiska rozległe i niejednoznaczne w swojej naturze. Z drugiej strony, najlepiej opowiedzieć jakąś historię w skali makro, przez pryzmat losu pojedynczych osób. Motyw notorycznie wykorzystywany - z sukcesami - w scenariuszach filmowych.  Uzyskujemy przez to osobisty, „z pierwszej ręki” wymiar przekazu a widzowie naszych zdjęć związują się z twarzą dużo bardziej niż z innymi układami footgraficznymi.

Problemem w portretach jest natomiast arbitralność miejsca, pozy, ubioru, mimiki portretowanej osoby. Kreatywność fotografa polega na zaaranżowaniu tła i układu ciała modela, a więc na wytworzeniu sytuacji, które nie zaistniałaby bez ingerencji fotografa. I tu
kończy się dokument a zaczyna sztuka. Ale czy zawsze?


Przyjrzyjmy się więc kilku przykładom portretów. Mam wrażenie, że właśnie w przestrzeniach narracyjno-estetycznych portretu, jako szeroko pojętego podgatunku fotografii  czai się, to znów odkrywa granica między fotografią-dokumentem a fotografią-sztuką.


Oczywiście ile portretów tyle opinii o ich wartości dokumentalnej. Jedne - jak na przykład bardzo bliski profil wykonany przez Jamesa Nachtweya w Rwandzie przedstawiający twarz osoby okaleczonej przez maczetę - główne narzędzie masakry z 1994 roku – nie budzą żadnych wątpliwości, co do wartości dokumentalnej, a tytuł zdjęcia roku na World Press Photo 1995 jest w pełni zasłużony. 



fot. James Nachtwey


Inne - jak na przykład - sterylny materiał Tona Koene o policjantach afgańskich


fot. Ton Koene

nie wzbudza większych emocji, ale jego przynależność do dokumentu nie budzi wątpliwości. Ale to tylko przykłady portretów prostych, w których głowa zajmuje prawie cały kadr. A co z portretami rozbudowanymi?

Obecnie często fotografowie wykonują portrety, na których postacie są w pozach, miejscach, sytuacjach, w których nigdy nie występują w swoim własnym życiu. Są to postacie powoływane do życia głównie w wyobraźni fotografa i „przelane” na ujęcia fotograficzne. 
Subiektywizm i kreatywność,  w znaczeniu kreowania rzeczywistości, a nie jej dokumentowania, ustępują miejsca rzetelnemu dziennikarstwu opartemu na przyglądaniu się, kontemplacji, zrozumieniu przyczyn i mechanizmów.

Często nie są sceny z realnego życia, zastane, podpatrzone, ale wyreżyserowane układy choreograficzne. Nie było by w tym nic złego gdyby wytworzona sytuacja miałaby podkreślić jakieś istotne z punktu widzenia materiału cechy. Jednak często tło portretu jest zupełnie abstrakcyjne, wyabstrahowane z kontekstu, w sztucznym oświetleniu, spreparowane jednorazowo na potrzeby tego konkretnego zdjęcia, które realizuje wyłącznie osobiste preferencje estetyczne fotografa, podczas gdy rzeczywistość obfituje w konteksty daleko bardziej odmienne i zróżnicowane. Nie bez znaczenia jest także zachowanie osoby portretowej, która widząc nadarzającą się możliwość nie zawsze oprze się pokusie udawanej autokreacji – „przed aparatem odkryłem moje „prawdziwe” ja”

Zawiłe przypadki przenikania się portretu w dokumencie i fotografii artysycznej można dostrzec na podstawie kilku przyznanych nagród konkursu  Leica Oscar Barnack Award. Konkurs ten od lat kluczy - co ma swój urok - między domeną faktu (dokument) a fikcją (sztuka). 

Zeszłoroczna (2016) Leica Oscar Barnack Award została przyznana cieszącej oko serii Scarlett Coten „Mectoub”. Przedstawia ona portrety reprezentujące nowe podejście do męskiej tożsamości młodych Arabów. Odnaleźć można co najmniej kilka portretów, co do których budzą się pytania o granicę między wyreżyserowanym przez fotografkę oraz - oddzielnie przez modeli – układem zdjęcia, a jego faktyczną wartością dokumentalną.


fot. Scarlet Coten z serii Mectoub

Wiele wskazuje na znaczną domieszkę kreatywności – z obu stron aparatu - na potrzeby zdjęcia. Dodatkowo ten stan rzeczy pogłębia brak tekstowych referencji poznawczych – nie wiemy kim są modele, gdzie żyją, co robią - tak jakby ich tożsamość była wyłącznie afirmowana wyglądem zewnętrznym i ewentualnie otoczeniem, na tle którego pozują do zdjęcia. Bardzo znamienne i szczere są stwierdzenia fotografki, która wskazuje, że „fakt robienia zdjęć uznaje bardziej za performance” a jej zdjęcia „kwestionują stale obecne pytanie o autentyczność w fotografii”. To dobre narzędzia w fotografii aby wyjść naprzeciw, skonfrontować się z „patriarchalnym sposobem myślenia”. Jednak narzędzia te rugują tą serię z przestrzeni fotografii dokumentalnej. To ważna zmiana, bo poprzedni duży projekt Scarlett Coten - "Still Alive"  był ze swej natury dokumentalny i także zawierał portrety, ale wykonane w naturalnym otoczeniu osób portretowanych.

Scarlet Coten z serii Still Alive

Scarlet Coten z serii Still Alive

Jakże dużo większą wartość dokumenetalną ma projekt Wiktorii Wojciechowskiej "Sparks"("Iskry")", który również w swym rdzeniu oparty jest na portretach. 


Fot. Weronika Wojciechowska z serii Sparks/Iskry
Fot. Weronika Wojciechowska z serii Sparks/Iskry
To co różni go od poprzednio wspomnianego projektu to pogłębiony opisem i filmem video kontekst naznaczony wspólnym, dramatycznym doświadczeniem portretowanych osób. Całość przemawia do widza w sposób pozbawiający wewnętrznych rozterek co do autentyczności dokumentu. 

Głównym dopełnieniem serii są zdjęcia przedstawiające zniszczenia wojenne – w ujęciu dość tradycyjno-estetyzującym. Obrazy są statyczne, dające kontekst miejsca „tam”, ale również, po serii dogłębnie poruszających portretów młodych żołnierzy, przestrzeń do oddechu dla widza „tu”. Projekt dopełniają artystyczne collage, kilka fotografii-alegorii i kilka portretów w innych konwencjach niż początkowa seria. Całość, z racji zdjęć czysto artystycznych (collage) przynależy do świata sztuki, ale część dokumentalna sprawia, że ten synkretyczny projekt stworzony przez fotografkę określającą się jako artystka wizualna („visual artist”) można śmiało zaliczyć w poczet doskonałych materiałów dokumentalnych. 

Warto przytoczyć poprzedni projekt fotograficzny Autorki, który przyniósł jej nagrodę Leica Oscar Barnack Award w kategorii Newcomer


fot. Weronika Wojciechowska z serii Short Flashes

Choć seria portretów osób w kolorowych pelerynach jadących na rowerze była czystym dokumentem z formalnego punktu widzenia, to banalność tego zapisu kłuła w oczy wielu znawców fotografii. Znaczący jest jednak postęp jaki fotografka osiągnęła miedzy tymi projektami, przesuwając jednocześnie akcent w stronę świadomej kreacji formy zhybrydyzowanej, czegoś co można by nazwać fotograficznym, czy szerzej, wizualnym dokumentem artystycznym, gdzie warstwa dokumentalna, w szerokim rozumieniu słowa, jest jasno i bezsprzecznie zaznaczona. Pomijając już oczywisty fakt, jakże donośny dla dokumentu, przesunięcia zainteresowania Autorki z obszarów znaczeniowo nijakich na palące problemy współczesnej Europy.

Potrzebę uciekania się do ustawiania sceny, pozy, ułożenia światła można odczytać jako porażkę fotografa – dokumentalisty. Powszechnie podkreślany postulat o nieingerencji dokumentalisty w życie swoich bohaterów ma tutaj, z natury rzeczy portretu, swoje zaprzeczanie - ingerencję w pełni kontrolowaną.  Niemniej jednak portrety cieszą się od początku fotografii, czy szerzej od początku nowoczesnej sztuki zachodniej, niegasnącym powodzeniem. Magia ekspresji ludzkiej twarzy pozostaje magnesem nieodpartym. Niuanse definicyjne gatunków i umowne branżowe konwenanse schodzą na plan dalszy. 


Fotografia portretowa to w zasadzie dokument o nie-zaistnieniu. Portretowa sesja fotograficzna jest obrzędem różnym od fotografii dokumentalnej sensu stricte. Mało jest jednak fotografów–dokumentalistów, którzy wykluczyliby ze swojej praktyki zawodowej portrety. Rozwój fotografii przynosi jednak rozróżnienie na odmienne formy portretu. Jest więc powszechnie mowa o portrecie studyjnym, portrecie zastanym – najbliżej spokrewnionym z czystą formą dokumentu, czy wreszcie o portrecie kolaboracyjnym („colaborative portrait”), gdzie o ostatecznym rezultacie decydują pospołu fotograf i fotografowany. Przykłady tego ostatniego typu możemy zobaczyć np.  w reportażu Daniela Castro Garcia „Foreigner”  


 fot. Daniel Castro Garcia

W kontekście nowych form dokumentalnych pojawiają się definicje typu: interpretacyjna kreacja rzeczywistości, subiektywizacja przekazu, indywidualizacja spojrzenia. W zasadzie można je odnieść aż do początków fotografii, ale dopiero od niedawna pogłębiona analiza naukowa i publicystyczna pozwoliła na zaprzęgnięcie definicji nauk społecznych do pełniejszego opisu zjawiska zwanego fotografią dokumentalną.

Dawno już w koszu wylądowały teorie o „obiektywności” reportażu i przekazywaniu „prawdy” w fotografiach. Dziś możemy już z przymróżeniem oka traktować te niegdysiejsze pielgrzymki donkiszoterii, bo zbrojni jesteśmy w pełniejszy stan wiedzy i refleksji nad kulturą i jej determinantami. Mało przekonująca jest zatem idea wydobycia podczas sesji fotograficznej „prawdziwego” oblicza portretowanej osoby.

Tekst, fotografia, grafika zawsze będą wytworami zindywidualizowanymi i niepowtarzalnymi, warunkowanymi wieloma czynnikami określającymi perspektywę i światopogląd ich twórcy. Jest pewne, że portret zostanie w przestrzeni fotografii dokumentalnej. Są tematy, które ciężko jest przedstawić bez widoku ekspresyjnej ludzkiej twarzy. Sam wielokrotnie stawałem przed dylematem jak ukazać, przekazać, unaocznić czy choćby nakreślić jakiś problem nad którym pracowałem. Jak ukazać coś czego tak naprawdę nie ma? Jak pokazać bezrobocie, jak przekazać w obrazie, że jakaś grupa ludzi  n i e m a  pracy i jest to ich dramat? Jak pokazać niekończącą się nudę trawiącą chronicznie bezrobotnych? Bez portretów osób dotkniętych tym problemem reportaż byłby niemożliwy do zrealizowania. Pozostaje już tylko dla każdego fotografa z osobna, kwestia „suwaka gatunku” - czy przesunie go bardziej w stronę dokumentu czy w stronę kreacji i sztuki.

Eksploracja terenów przygranicznych dokumentu i sztuki nie powinna w dzisiejszych czasach już w ogóle dziwić. Wielu fotografów płynnie porusza się w obu dziedzinach i po ich obrzeżach i te fotografie cieszą się uznaniem krytyki, fotoedytorów i widzów. Niemniej jednak takie transgresje mogą niekiedy wzbudzać uzasadnione opory na płaszczyźnie sporów terminologicznych i definicyjnych. To pozytywne zjawisko, spory takie stoją wszak na straży autentyczności, siły i wartości przekazu fotograficznego.




poniedziałek, 6 listopada 2017

"Andrzej Duda. Dwa lata prezydentury" - polityczna foto-ksiażka roku



W zaledwie 2 lata po objęciu funkcji prezydenta RP przez Andrzeja Dudę, Kancelaria prezydencka zdecydowała się na publikację foto-książki dokumentującej dotychczasowy przebieg jego kadencji. Forma wydawnictwa jest niebywale estetyczna, układ przejrzysty, dostosowany do tego typu publikacji i  prezentuje kilkanaście rozdziałów mających przybliżyć główne pola aktywności głowy państwa- między innymi: politykę zagraniczną, bezpieczeństwo, wspieranie gospodarki, Polonii czy sportu. Po krótkim tekście wprowadzającym prezentowane są fotografie wykonane łącznie przez sześcioro fotografów. PDF książki (z której pochodzą użyte tutaj fotografie) jest dostępny na oficjalnej stronie prezydenta RP

Co zatem mają do zaoferowania twórcy tej nieoczekiwanej foto-książki? Teksty eksploatują nieco skostniałą formę propagandy sukcesu poprzez nadmierną ekspozycję wyliczeń kolejnych osiągnięć prezydenta z punktu widzenia partii politycznej, z której wywodzi się Andrzej Duda. Brak oczywiście jakichkolwiek punktów dyskusyjnych, szkiców choćby toczonych sporów czy spraw „do załatwienia”, które mogłyby obraz prezydenta popsuć. 


Niestety fotografie wpisują się w tą trącącą naiwnym optymizmem wyliczankę  dokonań prezydenta. W większości przypadków widzimy prezydenta w sytuacjach pozowanych lub w takich,  w których okoliczności usilnie wskazują, że zdjęcie będzie zrobione (np. moment odsłonięcia tablicy z nazwą ulicy Marszałka Piłsudskiego).

Dominującymi motywami w książce są: oficjalne zdjęcia ze spotkań z innymi głowami państw lub przedstawicielami różnych grup społecznych,  przemówienia na różnych forach do różnych gremiów, podpisywanie oficjalnych dokumentów, składanie wieńców i przypinanie orderów. Książka ma w zamierzeniu pokazywać najważniejsze momenty tych dwóch lat, ale taki samoograniczający się szablon powoduje, że atmosfera wydawnictwa jest duszna, a ekspresja- biurokratycznie bezduszna. Strategia tematyzacji polegająca na uderzaniu ciągle w te same naprzemienne tony: uśmiechnięty - poważny, razi nadmiarem wyreżyserowania i schlebiania najmniej wymagającym oczekiwaniom. Czy prezydent Andrzej Duda nigdy się nad niczym głęboko nie zastanawia? czy nie bywa dogłębnie przejęty, poruszony jakąś sytuacją? czy nie miewa poważnych wątpliwości? nie bywa zaskoczony?

Razi w książce krocie rzędów głów patrzących na nas z pozowanych, grupowych zdjęć; z tematów lżejszych, zbijających trochę patos urzędu i ceremonii pozostaje głaskanie po główkach małych dzieci i łeb labradora. W rozdziale o odwiedzinach 52 powiatów polskich jest 6 zdjęć- z czego 3 z nich pokazują moment robienia selfie z prezydentem. Kilka lepszych zdjęć nie ratuje ogólnego odczucia schematyzmu i braku dokumentacyjnego polotu.



Można by się spodziewać foto-książki przedstawiającej prezydenta choć trochę „z bliska”- fotografie oficjalne możemy oglądać w mediach przy okazji każdej prezydenckiej wizyty czy każdego innego wydarzenia z kalendarza głowy państwa. Wielu zapewne jest widzów rozochoconych stylem, którym operuje  Pete Souza - fotograf Baracka Obamy. Pokazuje on szerokiej publiczności amerykańskiego prezydenta w okolicznościach pół- i całkiem nieoficjalnych; z dużą dozą dystansu wobec urzędu i protokołu co oczywiście sprawia, że odbrązowiona postać Obamy jawi się w pozytywnym świetle. Któż by przecież chciał oglądać fotografie - zależnie od okoliczności - nienagannie oficjalnie uśmiechniętego bądź poważnego urzędnika podczas wypełniania swoich konstytucyjnych obowiązków. Fotoedytorzy ksiażki „Andrzej Duda. Dwa lata prezydentury” sądzili, że chętnych będzie wielu. Jest zatem usztywniony kanonem liczb i sprawozdań portret urzędnika- zabrakło portretu człowieka. 

Skoro publikacja jest już zbiorowym dziełem, a fotografowie zawiedli w kwestii ujęć ocieplających wizerunek prezydenta, warto by było poprosić obywateli, którzy mieli okazję zrobić sobie to przysłowiowe selfie o udostępnienie zdjęć do publikacji- na tysiące tego typu wykonanych zdjęć, na pewno znalazłby się kilka w dobrej jakości i niebanalnej treści.

Naturalnym porównaniem dla "Andrzej Duda. Dwa lata prezydentury" jest publikacja "Prezydentura w obiektywie" wyd. 2015 - zapis 5-letniej kadencji Bronisława Komorowskiego. Zapewne animozje polityczne nie pozwoliły na sugerowanie się stylem poprzedniej prezydenckiej ekipy fotograficznej. Wielka szkoda- efekt pracy tamtego zespołu fotografów i fotoedytorów jest dużo bardziej interesujący; więcej frapujących zdjęć i dużo ciekawsza w wymiarze tematycznym koncepcja foto-ksiażki.

fot. Wojciech Grzędziński, fotografie znalazły się w książce "Prezydentura w obiektywie" wyd. 2015

Co stało się z koncepcją budowy wizerunku prezydenta poprzez fotografię? Dlaczego Bronisław Komorowski miał ekipę gotową pójść w ślady najlepszych fotografów politycznych, ludzi mających intuicję, umiejętności i talent, którzy z odwagą spotkali się z konwencjami nowoczesnego postrzegania roli komunikacji obrazami w życiu publicznym, nawet mając za tworzywo naszą polską przaśną przestrzeń polityczną a Andrzej Duda nie zasługuje na to takie same traktowanie i zostaje mu wystawiona sztampowa, nudna do przesytu fotograficzna laurka?


Sama decyzja wydania albumu, odwołanie się do tej formy prezentacyjnej zaledwie po dwóch latach sprawowania urzędu jest błędna. Za wcześnie jeszcze na takie podsumowania, a publikacja niedokończonego projektu jest szkolnym błędem każdego fotograficznego cyklu. Nie obwiniajmy jednak li tylko samych fotografów- nie wszystko od nich zależy. Fotoedytorzy i autorzy koncepcji książki mają swój udział w tej porażce nie mniejszy niż osoby odpowiedzialne za reglamentacje dostępu fotografów do prezydenta Dudy. Kiedy fotografów ogranicza brak dostępu do fotografowanej osoby, nie ma możliwości aby powstały interesujące zdjęcia.





Na koniec kilka westchnień w życzeniowym typie "jak to by mogło wyglądać" - politycznie osadzona - bo od tego trudno uciec- ale jednocześnie lekka i intrygująca fotografia wspomnianego już Pete-a Souzy i jego podejście do fotografowania przywódcy światowego mocarstwa.