czwartek, 14 grudnia 2017

Portret jako porażka dokumentalisty?


Pośród prac wielu fotografów dokumentalistów dostrzegalna jest dominacja fotografii portretowej, która nie zostawia wystarczająco szerokiego pola na potrzeby obrazów wielowarstwowych, skomplikowanych, refleksyjnych. Może to i po części mcdonaldyzacja rynku fotografii dokumentalnej, wina natłoku nowych materiałów, efekt tysięcy aspirujących fotografów mających dostęp do tysięcy nowych osób godzących się na sportretowanie? Ale twarz, portret, spojrzenie, grymas przyciągają widza nieodparcie od tysięcy lat - w malarstwie, rzeźbie czy teraz w fotografii.

Portrety są, jakby się można spodziewać, formą łatwiejszą, nie wymagają żmudnego drenażu sytuacji, miejsc, układów, kontekstów, znaczeń. Wszystko co ważne, to zdobyć zaufanie osoby portretowanej. Dużo to w istocie, ale i niewiele, jeśli temat materiału jest znaczeniowo obszerny i obejmuje zjawiska rozległe i niejednoznaczne w swojej naturze. Z drugiej strony, najlepiej opowiedzieć jakąś historię w skali makro, przez pryzmat losu pojedynczych osób. Motyw notorycznie wykorzystywany - z sukcesami - w scenariuszach filmowych.  Uzyskujemy przez to osobisty, „z pierwszej ręki” wymiar przekazu a widzowie naszych zdjęć związują się z twarzą dużo bardziej niż z innymi układami footgraficznymi.

Problemem w portretach jest natomiast arbitralność miejsca, pozy, ubioru, mimiki portretowanej osoby. Kreatywność fotografa polega na zaaranżowaniu tła i układu ciała modela, a więc na wytworzeniu sytuacji, które nie zaistniałaby bez ingerencji fotografa. I tu
kończy się dokument a zaczyna sztuka. Ale czy zawsze?


Przyjrzyjmy się więc kilku przykładom portretów. Mam wrażenie, że właśnie w przestrzeniach narracyjno-estetycznych portretu, jako szeroko pojętego podgatunku fotografii  czai się, to znów odkrywa granica między fotografią-dokumentem a fotografią-sztuką.


Oczywiście ile portretów tyle opinii o ich wartości dokumentalnej. Jedne - jak na przykład bardzo bliski profil wykonany przez Jamesa Nachtweya w Rwandzie przedstawiający twarz osoby okaleczonej przez maczetę - główne narzędzie masakry z 1994 roku – nie budzą żadnych wątpliwości, co do wartości dokumentalnej, a tytuł zdjęcia roku na World Press Photo 1995 jest w pełni zasłużony. 



fot. James Nachtwey


Inne - jak na przykład - sterylny materiał Tona Koene o policjantach afgańskich


fot. Ton Koene

nie wzbudza większych emocji, ale jego przynależność do dokumentu nie budzi wątpliwości. Ale to tylko przykłady portretów prostych, w których głowa zajmuje prawie cały kadr. A co z portretami rozbudowanymi?

Obecnie często fotografowie wykonują portrety, na których postacie są w pozach, miejscach, sytuacjach, w których nigdy nie występują w swoim własnym życiu. Są to postacie powoływane do życia głównie w wyobraźni fotografa i „przelane” na ujęcia fotograficzne. 
Subiektywizm i kreatywność,  w znaczeniu kreowania rzeczywistości, a nie jej dokumentowania, ustępują miejsca rzetelnemu dziennikarstwu opartemu na przyglądaniu się, kontemplacji, zrozumieniu przyczyn i mechanizmów.

Często nie są sceny z realnego życia, zastane, podpatrzone, ale wyreżyserowane układy choreograficzne. Nie było by w tym nic złego gdyby wytworzona sytuacja miałaby podkreślić jakieś istotne z punktu widzenia materiału cechy. Jednak często tło portretu jest zupełnie abstrakcyjne, wyabstrahowane z kontekstu, w sztucznym oświetleniu, spreparowane jednorazowo na potrzeby tego konkretnego zdjęcia, które realizuje wyłącznie osobiste preferencje estetyczne fotografa, podczas gdy rzeczywistość obfituje w konteksty daleko bardziej odmienne i zróżnicowane. Nie bez znaczenia jest także zachowanie osoby portretowej, która widząc nadarzającą się możliwość nie zawsze oprze się pokusie udawanej autokreacji – „przed aparatem odkryłem moje „prawdziwe” ja”

Zawiłe przypadki przenikania się portretu w dokumencie i fotografii artysycznej można dostrzec na podstawie kilku przyznanych nagród konkursu  Leica Oscar Barnack Award. Konkurs ten od lat kluczy - co ma swój urok - między domeną faktu (dokument) a fikcją (sztuka). 

Zeszłoroczna (2016) Leica Oscar Barnack Award została przyznana cieszącej oko serii Scarlett Coten „Mectoub”. Przedstawia ona portrety reprezentujące nowe podejście do męskiej tożsamości młodych Arabów. Odnaleźć można co najmniej kilka portretów, co do których budzą się pytania o granicę między wyreżyserowanym przez fotografkę oraz - oddzielnie przez modeli – układem zdjęcia, a jego faktyczną wartością dokumentalną.


fot. Scarlet Coten z serii Mectoub

Wiele wskazuje na znaczną domieszkę kreatywności – z obu stron aparatu - na potrzeby zdjęcia. Dodatkowo ten stan rzeczy pogłębia brak tekstowych referencji poznawczych – nie wiemy kim są modele, gdzie żyją, co robią - tak jakby ich tożsamość była wyłącznie afirmowana wyglądem zewnętrznym i ewentualnie otoczeniem, na tle którego pozują do zdjęcia. Bardzo znamienne i szczere są stwierdzenia fotografki, która wskazuje, że „fakt robienia zdjęć uznaje bardziej za performance” a jej zdjęcia „kwestionują stale obecne pytanie o autentyczność w fotografii”. To dobre narzędzia w fotografii aby wyjść naprzeciw, skonfrontować się z „patriarchalnym sposobem myślenia”. Jednak narzędzia te rugują tą serię z przestrzeni fotografii dokumentalnej. To ważna zmiana, bo poprzedni duży projekt Scarlett Coten - "Still Alive"  był ze swej natury dokumentalny i także zawierał portrety, ale wykonane w naturalnym otoczeniu osób portretowanych.

Scarlet Coten z serii Still Alive

Scarlet Coten z serii Still Alive

Jakże dużo większą wartość dokumenetalną ma projekt Wiktorii Wojciechowskiej "Sparks"("Iskry")", który również w swym rdzeniu oparty jest na portretach. 


Fot. Weronika Wojciechowska z serii Sparks/Iskry
Fot. Weronika Wojciechowska z serii Sparks/Iskry
To co różni go od poprzednio wspomnianego projektu to pogłębiony opisem i filmem video kontekst naznaczony wspólnym, dramatycznym doświadczeniem portretowanych osób. Całość przemawia do widza w sposób pozbawiający wewnętrznych rozterek co do autentyczności dokumentu. 

Głównym dopełnieniem serii są zdjęcia przedstawiające zniszczenia wojenne – w ujęciu dość tradycyjno-estetyzującym. Obrazy są statyczne, dające kontekst miejsca „tam”, ale również, po serii dogłębnie poruszających portretów młodych żołnierzy, przestrzeń do oddechu dla widza „tu”. Projekt dopełniają artystyczne collage, kilka fotografii-alegorii i kilka portretów w innych konwencjach niż początkowa seria. Całość, z racji zdjęć czysto artystycznych (collage) przynależy do świata sztuki, ale część dokumentalna sprawia, że ten synkretyczny projekt stworzony przez fotografkę określającą się jako artystka wizualna („visual artist”) można śmiało zaliczyć w poczet doskonałych materiałów dokumentalnych. 

Warto przytoczyć poprzedni projekt fotograficzny Autorki, który przyniósł jej nagrodę Leica Oscar Barnack Award w kategorii Newcomer


fot. Weronika Wojciechowska z serii Short Flashes

Choć seria portretów osób w kolorowych pelerynach jadących na rowerze była czystym dokumentem z formalnego punktu widzenia, to banalność tego zapisu kłuła w oczy wielu znawców fotografii. Znaczący jest jednak postęp jaki fotografka osiągnęła miedzy tymi projektami, przesuwając jednocześnie akcent w stronę świadomej kreacji formy zhybrydyzowanej, czegoś co można by nazwać fotograficznym, czy szerzej, wizualnym dokumentem artystycznym, gdzie warstwa dokumentalna, w szerokim rozumieniu słowa, jest jasno i bezsprzecznie zaznaczona. Pomijając już oczywisty fakt, jakże donośny dla dokumentu, przesunięcia zainteresowania Autorki z obszarów znaczeniowo nijakich na palące problemy współczesnej Europy.

Potrzebę uciekania się do ustawiania sceny, pozy, ułożenia światła można odczytać jako porażkę fotografa – dokumentalisty. Powszechnie podkreślany postulat o nieingerencji dokumentalisty w życie swoich bohaterów ma tutaj, z natury rzeczy portretu, swoje zaprzeczanie - ingerencję w pełni kontrolowaną.  Niemniej jednak portrety cieszą się od początku fotografii, czy szerzej od początku nowoczesnej sztuki zachodniej, niegasnącym powodzeniem. Magia ekspresji ludzkiej twarzy pozostaje magnesem nieodpartym. Niuanse definicyjne gatunków i umowne branżowe konwenanse schodzą na plan dalszy. 


Fotografia portretowa to w zasadzie dokument o nie-zaistnieniu. Portretowa sesja fotograficzna jest obrzędem różnym od fotografii dokumentalnej sensu stricte. Mało jest jednak fotografów–dokumentalistów, którzy wykluczyliby ze swojej praktyki zawodowej portrety. Rozwój fotografii przynosi jednak rozróżnienie na odmienne formy portretu. Jest więc powszechnie mowa o portrecie studyjnym, portrecie zastanym – najbliżej spokrewnionym z czystą formą dokumentu, czy wreszcie o portrecie kolaboracyjnym („colaborative portrait”), gdzie o ostatecznym rezultacie decydują pospołu fotograf i fotografowany. Przykłady tego ostatniego typu możemy zobaczyć np.  w reportażu Daniela Castro Garcia „Foreigner”  


 fot. Daniel Castro Garcia

W kontekście nowych form dokumentalnych pojawiają się definicje typu: interpretacyjna kreacja rzeczywistości, subiektywizacja przekazu, indywidualizacja spojrzenia. W zasadzie można je odnieść aż do początków fotografii, ale dopiero od niedawna pogłębiona analiza naukowa i publicystyczna pozwoliła na zaprzęgnięcie definicji nauk społecznych do pełniejszego opisu zjawiska zwanego fotografią dokumentalną.

Dawno już w koszu wylądowały teorie o „obiektywności” reportażu i przekazywaniu „prawdy” w fotografiach. Dziś możemy już z przymróżeniem oka traktować te niegdysiejsze pielgrzymki donkiszoterii, bo zbrojni jesteśmy w pełniejszy stan wiedzy i refleksji nad kulturą i jej determinantami. Mało przekonująca jest zatem idea wydobycia podczas sesji fotograficznej „prawdziwego” oblicza portretowanej osoby.

Tekst, fotografia, grafika zawsze będą wytworami zindywidualizowanymi i niepowtarzalnymi, warunkowanymi wieloma czynnikami określającymi perspektywę i światopogląd ich twórcy. Jest pewne, że portret zostanie w przestrzeni fotografii dokumentalnej. Są tematy, które ciężko jest przedstawić bez widoku ekspresyjnej ludzkiej twarzy. Sam wielokrotnie stawałem przed dylematem jak ukazać, przekazać, unaocznić czy choćby nakreślić jakiś problem nad którym pracowałem. Jak ukazać coś czego tak naprawdę nie ma? Jak pokazać bezrobocie, jak przekazać w obrazie, że jakaś grupa ludzi  n i e m a  pracy i jest to ich dramat? Jak pokazać niekończącą się nudę trawiącą chronicznie bezrobotnych? Bez portretów osób dotkniętych tym problemem reportaż byłby niemożliwy do zrealizowania. Pozostaje już tylko dla każdego fotografa z osobna, kwestia „suwaka gatunku” - czy przesunie go bardziej w stronę dokumentu czy w stronę kreacji i sztuki.

Eksploracja terenów przygranicznych dokumentu i sztuki nie powinna w dzisiejszych czasach już w ogóle dziwić. Wielu fotografów płynnie porusza się w obu dziedzinach i po ich obrzeżach i te fotografie cieszą się uznaniem krytyki, fotoedytorów i widzów. Niemniej jednak takie transgresje mogą niekiedy wzbudzać uzasadnione opory na płaszczyźnie sporów terminologicznych i definicyjnych. To pozytywne zjawisko, spory takie stoją wszak na straży autentyczności, siły i wartości przekazu fotograficznego.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz