Pośród prac wielu fotografów-dokumentalistów dostrzegalna jest
dominacja fotografii portretowej, która nie zostawia wystarczająco szerokiego pola na potrzeby obrazów wielowarstwowych, skomplikowanych, refleksyjnych.
Może to i po części mcdonaldyzacja rynku fotografii dokumentalnej, wina natłoku
nowych materiałów, efekt tysięcy aspirujących fotografów mających dostęp do
tysięcy nowych osób godzących się na sportretowanie. Ale twarz, portret,
spojrzenie, grymas przyciągają widza nieodparcie od tysięcy lat - w malarstwie,
rzeźbie czy teraz w fotografii.
Portrety są, jakby się można spodziewać, formą łatwiejszą,
nie wymagają żmudnego drenażu sytuacji, miejsc, układów, kontekstów, znaczeń.
Wszystko co ważne, to zdobyć zaufanie osoby portretowanej. Dużo to w istocie,
ale i niewiele, jeśli temat materiału jest znaczeniowo obszerny i obejmuje zjawiska rozległe, wrażliwe i niejednoznaczne w swojej naturze. Z drugiej strony, najlepiej opowiedzieć jakąś makro-historię, przez pryzmat losu
pojedynczych osób. Motyw notorycznie wykorzystywany - z sukcesami - w
scenariuszach filmowych.
Uzyskuje się przez to osobisty, „z pierwszej ręki”
wymiar przekazu, a widzowie zdjęć związują się z twarzą dużo bardziej
niż z innymi układami fotograficznymi.
Problemem w portretach jest natomiast arbitralność miejsca, pozy, ubioru, mimiki portretowanej osoby. Kreatywność fotografa/ki polega na zaaranżowaniu tła i układu ciała modela, a więc na wytworzeniu sytuacji, które nie zaistniałaby bez tej ingerencji. I tu kończy się dokument a zaczyna sztuka. Ale czy zawsze?
Ceniony francuski teoretyk fotografii - znany ze swoich koncepcji kryzysu fotografii dokumentalnej - André Rouillé, pisał w książce "Fotografia-między dokumentem a sztuką współczesną", że żadna "fotografia nie jest sama w sobie dokumentem(..) lecz że jest jedynie obdarzona wartością dokumentalną, która zmienia się w zależności od okoliczności". Przyjrzyjmy się więc kilku przykładom portretów. Mam wrażenie, że właśnie w przestrzeniach
narracyjno-estetycznych portretu, jako szeroko pojętego podgatunku
fotografii czai się, to znów odkrywa granica między fotografią-dokumentem
a fotografią-sztuką.
Dokument czy sztuka?
Oczywiście ile portretów tyle opinii o ich wartości dokumentalnej. Jedne - jak na przykład bardzo bliski profil wykonany przez Jamesa Nachtweya w Rwandzie przedstawiający twarz osoby okaleczonej przez maczetę - główne narzędzie masakry z 1994 roku – nie budzą żadnych wątpliwości, co do wartości dokumentalnej, a tytuł zdjęcia roku na World Press Photo 1995 jest w pełni zasłużony.![]() |
fot. James Nachtwey |
Inne - jak na przykład - sterylny materiał Tona Koene o policjantach afgańskich
![]() |
fot. Ton Koene |
nie wzbudza większych
emocji, ale jego przynależność do dokumentu nie budzi wątpliwości. Jednak znormalizowana do granic estetyki forma, nie zadowala widza poszukującego bardziej wysublimowanych koncepcji portretu.
Ale to
tylko przykłady portretów prostych, w których głowa zajmuje prawie cały kadr. A
co z portretami rozbudowanymi?
Fotografowie często wykonują portrety, na których postacie są w pozach, miejscach,
sytuacjach, w których nigdy nie występują we własnym życiu. Są to postacie
powoływane do życia głównie w wyobraźni fotografa i „przelane” na ujęcia
fotograficzne. Subiektywizm
i kreatywność, w znaczeniu kreowania
rzeczywistości, a nie jej przedstawiania-wyrażania-dokumentowania, zastępują miejsce rzetelnego dziennikarstwa opartego na przyglądaniu się, kontemplacji, zrozumieniu przyczyn
i mechanizmów.
Całkiem nierzadko, rozbudowane portrety nie są scenami z realnego życia, nie są to sceny zastane czy nawet podpatrzone, ale wyreżyserowane układy choreograficzne. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby wytworzona sytuacja miałaby podkreślić jakieś cechy, istotne
z punktu widzenia materiału. Jednak często tło portretu jest zupełnie
abstrakcyjne, wyabstrahowane z narracji, w sztucznym oświetleniu, spreparowane
jednorazowo na potrzeby tego konkretnego zdjęcia, które realizuje wyłącznie
osobiste preferencje estetyczne osoby fotografującej, podczas gdy rzeczywistość obfituje w konteksty daleko bardziej odmienne i
zróżnicowane.
Nie bez znaczenia jest także zachowanie osoby portretowanej, która
widząc nadarzającą się możliwość nie zawsze oprze się pokusie udawanej
autokreacji – „przed aparatem odkryłem moje „prawdziwe” ja”. Już Susan Sontag zauważała w swojej "O fotografii", że "...wiadomość o tym, że aparat fotograficzny może kłamać, uczyniła zwyczaj chodzenia do fotografa bardziej popularnym".
Portrety w konkursach fotograficznych
Zawiłe przypadki przenikania się portretu w dokumencie i fotografii artystycznej można dostrzec na podstawie kilku przyznanych nagród konkursu Leica Oscar Barnack Award. Konkurs ten od lat kluczy
- co ma swój urok - między domeną faktu (dokument), a fikcją (sztuka).
Zeszłoroczna (2016) Leica Oscar Barnack Award została przyznana cieszącej oko serii Scarlett Coten „Mectoub”. Przedstawia ona portrety
reprezentujące nowe podejście do męskiej tożsamości młodych Arabów. Odnaleźć
można co najmniej kilka portretów, co do których budzą się pytania o granicę
między wyreżyserowanym przez fotografkę oraz - oddzielnie przez modeli – układem
zdjęcia, a jego faktyczną wartością dokumentalną.
![]() |
fot. Scarlet Coten z serii Mectoub |
Wiele wskazuje na znaczną domieszkę kreatywności – z obu stron
aparatu - na potrzeby zdjęcia. Dodatkowo ten stan rzeczy pogłębia brak tekstowych referencji poznawczych – nie wiemy kim są modele, gdzie
żyją, co robią - tak jakby ich tożsamość była wyłącznie afirmowana wyglądem
zewnętrznym i ewentualnie otoczeniem, na tle którego pozują do zdjęcia. Bardzo
znamienne i szczere są stwierdzenia fotografki, która wskazuje, że „fakt
robienia zdjęć uznaje bardziej za performance” a jej zdjęcia „kwestionują stale
obecne pytanie o autentyczność w fotografii”. To dobre narzędzia w fotografii
aby wyjść naprzeciw, skonfrontować się z „patriarchalnym sposobem myślenia”.
Jednak narzędzia te rugują tę serię z przestrzeni fotografii dokumentalnej. To
ważna zmiana, bo poprzedni duży projekt Scarlett Coten - "Still Alive" był ze swej natury dokumentalny i także
zawierał portrety, ale wykonane w naturalnym otoczeniu osób portretowanych.
![]() |
Scarlet Coten z serii Still Alive |
![]() |
Scarlet Coten z serii Still Alive |
Jakże dużo większą wartość dokumentalną ma projekt Wiktorii Wojciechowskiej "Sparks"("Iskry")", który również w swym rdzeniu oparty jest na portretach.
![]() |
Fot. Weronika Wojciechowska z serii Sparks/Iskry |
![]() |
Fot. Weronika Wojciechowska z serii Sparks/Iskry |
To co różni go od wyżej wspomnianego
projektu, to pogłębiony opisem i filmem video kontekst naznaczony wspólnym, dramatycznym
doświadczeniem portretowanych osób. Całość przemawia do widza w sposób
pozbawiający wewnętrznych rozterek co do autentyczności dokumentu. Warto porównać powyższe portrety żołnierzy z przywołanymi wcześniej portretami afgańskich policjantów. Piętno wojny wypełza spod tych kadrów, zabiegi fotografki (dobór i ustawienie modeli, światło, tło) i współpraca portretowanych osób (wyraz twarzy) zgrały się tu w jeden spójny i silny przekaz, którego brak w sformalizowanych, "czystych" zdjęciach policjantów autorstwa Tona Koene.
Równie ważnym dopełnieniem serii ze wschodu Ukrainy są zdjęcia przedstawiające zniszczenia wojenne – w ujęciu
dość tradycyjno-estetyzującym. Obrazy są statyczne, dające kontekst miejsca „tam”,
ale również, po serii dogłębnie poruszających portretów młodych żołnierzy,
przestrzeń do oddechu dla widza „tu”. Projekt dopełniają artystyczne collage,
kilka fotografii-alegorii i kilka portretów w innych konwencjach niż
początkowa seria. Całość, z racji zdjęć czysto artystycznych (collage)
przynależy do świata sztuki, ale część dokumentalna sprawia, że ten synkretyczny
projekt stworzony przez fotografkę określającą się jako artystka wizualna („visual
artist”) można śmiało zaliczyć w poczet doskonałych materiałów dokumentalnych.
Warto przytoczyć poprzedni projekt fotograficzny Autorki, który przyniósł jej nagrodę Leica Oscar Barnack Award w kategorii Newcomer
![]() |
fot. Weronika Wojciechowska z serii Short Flashes |
Choć seria portretów osób w kolorowych pelerynach jadących na
rowerze była czystym dokumentem z formalnego punktu widzenia, to banalność tego
zapisu kłuła w oczy wielu znawców fotografii. Znaczący jest jednak postęp jaki
fotografka osiągnęła miedzy tymi projektami, przesuwając jednocześnie akcent w
stronę świadomej kreacji formy zhybrydyzowanej, czegoś co można by nazwać fotograficznym,
czy szerzej, wizualnym dokumentem artystycznym, gdzie warstwa dokumentalna, w
szerokim rozumieniu słowa, jest jasno i bezsprzecznie zaznaczona. Pomijając już
oczywisty fakt, jakże donośny dla dokumentu, przesunięcia zainteresowania
Autorki z obszarów znaczeniowo nijakich na palące problemy współczesnej Europy.
Portret - ingerencja kontrolowana
Potrzebę uciekania się do ustawiania
sceny, pozy, ułożenia światła można odczytać jako porażkę fotografa –
dokumentalisty. Powszechnie podkreślany postulat o nieingerencji dokumentalisty
w życie swoich bohaterów ma tutaj, z natury rzeczy portretu, swoje zaprzeczanie
- ingerencję w pełni kontrolowaną.
Niemniej jednak portrety cieszą się od początku fotografii, czy szerzej
od początku nowoczesnej sztuki zachodniej, niegasnącym powodzeniem. Magia
ekspresji ludzkiej twarzy pozostaje magnesem nieodpartym. Niuanse definicyjne
gatunków i umowne branżowe konwenanse schodzą na plan dalszy.
Fotografia portretowa to w zasadzie dokument o nie-zaistnieniu. Portretowa
sesja fotograficzna jest obrzędem różnym od fotografii dokumentalnej sensu
stricte. Mało jest jednak fotografów–dokumentalistów, którzy wykluczyliby ze
swojej praktyki zawodowej portrety. Rozwój fotografii przynosi jednak rozróżnienie na odmienne formy portretu. Jest więc powszechnie mowa o portrecie studyjnym,
portrecie zastanym – najbliżej spokrewnionym z czystą formą dokumentu, czy
wreszcie o portrecie kolaboracyjnym („colaborative
portrait”), gdzie o ostatecznym rezultacie decydują pospołu fotograf i osoba fotografowana. Przykłady tego ostatniego typu możemy zobaczyć np. w reportażu Daniela Castro Garcia „Foreigner”
![]() |
fot. Daniel Castro Garcia |
W kontekście nowych form
dokumentalnych pojawiają się definicje typu: interpretacyjna kreacja rzeczywistości, subiektywizacja przekazu,
indywidualizacja spojrzenia. W zasadzie można je odnieść aż do początków fotografii, ale dopiero od niedawna pogłębiona analiza naukowa i publicystyczna pozwoliła
na zaprzęgnięcie definicji nauk społecznych do pełniejszego opisu zjawiska
zwanego fotografią dokumentalną.
Dawno już w koszu wylądowały teorie o „obiektywności”
reportażu i przekazywaniu „prawdy” w fotografiach. Dziś możemy już z przymrużeniem oka traktować te niegdysiejsze pielgrzymki donkiszoterii, bo zbrojni jesteśmy w pełniejszy stan wiedzy i refleksji nad kulturą i jej determinantami. Mało przekonująca jest zatem
idea wydobycia podczas sesji fotograficznej „prawdziwego” oblicza portretowanej osoby.
Tekst, fotografia, grafika zawsze będą
wytworami zindywidualizowanymi i niepowtarzalnymi, warunkowanymi wieloma
czynnikami określającymi perspektywę i światopogląd ich twórcy. Jest pewne, że
portret zostanie w przestrzeni fotografii dokumentalnej. Są tematy, które ciężko
jest przedstawić bez widoku ekspresyjnej ludzkiej twarzy. Sam wielokrotnie
stawałem przed dylematem jak ukazać, przekazać, unaocznić, wyrazić czy choćby nakreślić
jakiś problem, nad którym pracowałem. Jak ukazać coś czego tak naprawdę nie ma? Jak pokazać bezrobocie, jak przekazać w obrazie, że jakaś grupa ludzi n i e m a pracy i jest to ich dramat? Jak pokazać niekończącą się nudę
trawiącą chronicznie bezrobotnych? Bez portretów
osób dotkniętych tym problemem reportaż byłby niemal niemożliwy do zrealizowania.
Pozostaje już tylko dla każdego fotografa z osobna, kwestia „suwaka gatunku” - czy
przesunie go bardziej w stronę dokumentu czy w stronę kreacji, ekspresji i sztuki.
Eksploracja terenów przygranicznych dokumentu i sztuki nie powinna w
dzisiejszych czasach już w ogóle dziwić. Wielu fotografów płynnie porusza się w
obu dziedzinach oraz po ich obrzeżach i te fotografie cieszą się uznaniem
krytyki, fotoedytorów i widzów. Niemniej jednak, takie transgresje mogą niekiedy
wzbudzać uzasadnione opory na płaszczyźnie sporów terminologicznych i definicyjnych. To
pozytywne zjawisko, spory takie stoją wszak na straży autentyczności, siły
i wartości przekazu fotograficznego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz