Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foto-książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foto-książka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 listopada 2018

Wywiad prasowy z Jean-Claudem Coutaussem z 2002 roku.

W dzisiejszym wpisie pierwsza część wywiadu z  Jean-Claudem Coutaussem przeprowadzonego przez Renauda Ego i opublikowanego we francuskim czasopiśmie „La pensée de midi” w tematycznym tomie „Regarder la guerre”[Patrząc na wojnę] nr 9 z zimy 2002/2003 roku.

Od tamtej rozmowy minęło ponad 15 lat, podczas któych fotografia przeszła przez burzliwą cyfrową rewolucję, ale tematy wtedy poruszane  wciąż aktualne. Dotyczą one głównie zasad kierujących dynamiką narracji reportażu, kryterium prawdy i kłamstwa w zdjęciach, etyki zawodu, kondycji dokumentu prasowego. Opowieści J.C. Coutaussa o jego desperackiej nawigacji w wojennym ferworze walk i potyczek, próbach zrobienia prostych, ale nie pozbawionych przesłania zdjęć, stanowią intrygujący przykład dziennikarskiego poświęcenia. (tłumaczenie, skróty i śródtytuły - autor bloga „Fotosłowie”) 
Serdecznie dziękuję panom Jean-Claude Coutausse i Renaud Ego za zgodę na tłumaczenie i nieodpłatne zamieszczenie tekstu na moim blogu.

 „Zdjęcie jest wrażliwe”   


Jean-Claude Coutausse, urodzony w 1960 roku, zaczynał swoją karierę reportażysty-fotografa w serwisie fotograficznym armii francuskiej relacjonując interwencję izraelską w południowym Libanie w 1982r. Po wyjeździe do Afganistanu, gdzie pracował dla Newsweeka, przyłącza się w 1984r. do agencji AFP, a potem do redakcji Libération. Dla tego czasopisma regularnie bywa w Palestynie, na ziemiach okupowanych i realizuje długoterminowy projekt o Intifadzie. Wstąpiwszy do amerykańskiej agencji Contact Press Images, relacjonuje wojnę w Zatoce, wyjeżdża do Somalii, gdzie jako pierwszy pokazuje pustoszącą kraj klęskę głodu z 1992 roku, jego reportaż jest publikowany na całym świecie. Zaraz potem wyjeżdża do Chorwacji i Bośni skąd relacjonuje upadek Republiki Jugosłowiańskiej dla magazynów Times, L’Express, Newsweek i  New York Times. Oprócz relacji wojennych, realizuje wiele reportaży, w szczególności osobisty, długoterminowy projekt o haitańskim voodoo. 
Przyznano mu w 1993 mu nagrodę Niepce, najwyższą rangą francuską nagrodę w dziedzinie fotografii https://gensdimages.com/category/prix-niepce/, otrzmał też liczne wyróżnienia i nagrody międzynarodowe, między innymi Grand Prix miasta Arles, Mother Jones Award i Humanity Photo Award.

Najnowsze zdjęcia Jean-Claude Coutausse’a możemy obejrzeć na jego fotoblogach politycznych http://bainsdefoule.com    i  http://coutausse.blog.lemonde.fr/ a całościowy przekrój jego prac na stronie http://www.coutausse.com
Renaud Ego:  Relacjonował pan wiele konfliktów w basenie Morza Śródziemnego albo takich, jak wojna w Zatoce, które wykorzystują napięcia targające trzema religiami Księgi. Pana pierwszy długoterminowy projekt w tym temacie to była ”Intifada”. W jaki sposób relacjonował Pan te wydarzenia?
Jean-Claude Coutausse: Dopiero co zacząłem tak naprawdę eksperymentować z wojną na Intifadzie. Wcześniej, w południowym Libanie czy Afganistanie, pracowałem trochę na chybił trafił, a rezultaty nie do końca mnie satysfakcjonowały. Byłem po prostu za młody. Moja pierwsza żona była z pochodzenia Sefardyjką, co sprawiło, że pojechałem do Cisjordanii i strefy Gazy na początku lat 80. Oglądałem z niedowierzaniem te wysokie ogrodzenia z siatki, które oddzielały wioski palestyńskie od dróg używanych przez Izraelczyków, po to aby dzieci nie mogły rzucać kamieniami w samochody. Kiedy wybuchła Intifada, na początku 1987 roku, Libération wysłało mnie na terytoria okupowane i wracałem tam regularnie przez okres 3 lat. To było zlecenie z zawczasu ustalonymi kadrami, biblijna geografia gdzie 2 narody walczą między sobą i do pewnego stopnia, było dość łatwo opowiedzieć tę historię.
R.E.: Czy mógłby Pan przybliżyć w jaki sposób Pan pracował?


J.-C.C: Pierwsza sprawa, to być obecnym. Powtarzanie tego jest banałem, ale trzeba być tam gdzie dzieją się te wydarzenia. Jeździłem więc w kółko samochodem szukając miejsca gdzie były zamieszki i tam robiłem zdjęcia. Na przykład: któregoś dnia jestem w Betlejem, nagle dzieciaki wznoszą barykadę, palą opony; przyjeżdżają żołnierze, strzelają słynnymi kulami z plastiku, które zresztą nie były wcale z plastiku; po południu zawierany jest rozejm, który trwa do następnego dnia. Niespodziewanie Palestyńczycy ogłaszają strajk generalny i trzeciego dnia znów powraca cykl przemocy, rzucanie kamieniami, represje, rozejm. W czasie okresów spokojnych, konflikt stawał się niewidoczny lub były tam jakiś ulotne sceny, które nie były interesujące fotograficznie. Jednego wieczoru, przy bramie Damasceńskiej w Jerozolimie, zobaczyłem dwie dziewczynki odświętnie ubrane; kiedy mnie zobaczyły, zrobiły palcami znak zwycięstwa – V, i miałem czas aby zrobić dwa zdjęcia, zanim powróciły do swojego normalnego zachowania. To była tylko chwila, spotkanie - a jednocześnie to była scena symboliczna dla całej Intifady.


dziewczynka robiąca znak zwycięstwa V
fot. © Jean-Claude Coutausse, Palestyna 1998


R.E.: Intifada, jak wszystkie wojny czy wojny domowe wydają się mało skoplikowane i zawsze dochodzi do ekstremum, czyli użycia przemocy, ale historie za tym stojące są dużo bardzo złożone. Jakiego rodzaju głębię przekazu, w tych sytuacjach, może odnaleźć dla siebie fotografia?
J.-C.C: To wszystko jest kwestią zapisu fotograficznego. Na początku projektu Intifada, zdjęcia zawsze robiono od strony izraelskiej. Wtedy było dla mnie ważne, aby odwrócić punkt widzenia, przechodząc na stronę młodych Palestyńczyków i wmieszać się miedzy nich. Ale fotografowanie z bliska zakłada użycie obiektywów szerokokątnych, a to często nie wychodzi najlepiej na zdjęciu, jakby było za dużo wolnej przestrzeni, za dużo nieba, żeby to ująć aparatem. Do moich zdjęć szukałem więc sytuacji kontaktu Palestyńczyków i Izraelczyków, aby odnaleźć ich postawy twarzą w twarz. Często umiejscawiałem się z dala od akcji, uzbrojony w teleobiektyw, aby objąć w jednym zdjęciu zarówno  dzieci jak i żołnierzy. Gdy sytuacja jest skomplikowana, wymagająca, ta technika to proste narzędzie zapisu fotograficznego.


R.E.: Pracując dla dziennika, a więc poszukując okazji do uchwycenia sytuacji, która mogła by,  podsumować lub symbolizować w jednym ujęciu tą złożoność sytuacji, czy nie ryzykuje Pan zrobienia karykatury czy tego co nazywamy „cliché”?

dziewczynka i żołnierz izraelski fot. © Jean-Claude Coutausse,
fot. © Jean-Claude Coutausse, Ramallah, 1998.

J.-C.C: Takie ryzyko istniało, ponieważ faktycznie musiałem zawrzeć sporo symboli w jednej fotografii. Widzieliśmy że, wraz z upadkiem agencji Sygma czy Gamma, fotografowie, którzy chcieli robić zdjęcia nadające się do sprzedaży na całym świecie, znajdowali się w sytuacji kiedy robili zdjęcia pozbawione sensu. Pracując dla Libération, wiedziałem, do jakiego typu czytelników się zwracam i mogłem im zaproponować fotografie, które nie są czytelne z szybkością błyskawicy, ale posiadają złożoną symbolikę, którą była przez nich zrozumiała. Tak więc ryzyko karykatury istnieje zawsze, ale Intifada była osadzona w grze okopanych naprzeciw siebie przeciwstawianych obozów, wśród dzieci rzucających kamieniami i uzbrojonych żołnierzy z drugiej strony. Kiedy pracuje się dla tygodnika, pojawia się za to inna kwestia - dysponujemy już przestrzenią, w której możemy umieścić pięć, sześć czy osiem zdjęć, ale trudności zaczynają się wraz z konstrukcją narracji.

chłopiec przybija "piątkę" z żołnierzem izraelskim
fot. © Jean-Claude Coutausse, Wschodnia Jerozolima, 1998



R.E.: Z pańskiego pobytu na ziemiach okupowanych powstała książka „Taniec kamieni” ("La danse des pierres"), podzielona na pięć rozdziałów „Kadry”, „Okupacja”, „Taniec kamieni” (na zamieszkach, precyzyjnie mówiąc), „Rany” i „Żałoba”. Jak skonstruowana jest narracja?
okładka ksiązki "La danse des pierres" Jean-Claude Coutausse
okładka książki Jean-Claude Coutausse "La danse des pierres"

J.-C.C: To działo się stopniowo, bez wcześniej założonego planu. Jak Panu wcześniej mówiłem, fotografowanie to początkowo robienie zdjęć, a później przychodzi moment wyboru i konstruowania narracji. Żeby zacząć, trzeba zrobić rodzaj castingu, nieco cynicznego, miedzy ludźmi, to znaczy, jeśli kobieta nosi nakrycie głowy to fotografujemy ją, a nie inne kobiety bez chust, bo ona nosi dodatkowy atrybut, który pozwoli czytelnikom zidentyfikować sytuację. Przede wszystkim, szukamy kompozycji, która przelotnie będzie sceną dającą nieruchomemu obrazowi wewnętrzną dynamikę czasową. Na początku mojej kariery, AFP wysłała mnie do Opery Paryskiej, to mi pozwoliło pojąć czym są gesty. Bardzo mi to później pomagało w fotografowaniu akcji, nauczyło mnie znajdować się w relacji do niej przez włączenie się w ten korowód płynący przed moimi oczami i oczekiwanie na ten właściwy moment, gdzie nagle - osoby, dekoracja itd., uformują scenę. W fotografii, chwila ma sens, gdy staje się pewnego rodzaju teatrem albo choreografią. Potem nadchodzi moment, kiedy trzeba się cofnąć i odrzucić obrazy kłamliwe.
R.E.: Jaki to jest obraz, który nie kłamie?
J.-C.C: Nie wiem. Zdjęcie, które nie kłamie, to takie, które mi mówi, że nie kłamie, ponieważ współgra z emocjami, w które się wtopiłem i które próbuję wyrazić. Ale zdjęcie jest kruche znaczeniowo. Sama fotografia nigdy nie przekazuje prawdy, nie ma nic poza dwoma wymiarami; brakuje jej zapachu, odgłosów i wszystkiego co jest wokół danego kadru. Wiele mówi się o fotografii obrazującej głód w Somalii, na której widzimy kucające dziecko, bardzo wychudzone, a naprzeciw jego - sęp. Dla mnie, to oznacza prawdziwe fotograficzne kłamstwo, ponieważ ten obraz był rozpowszechniany i odbierany przez publiczność, jak gdyby sęp czatował na agonię dziecka, aby rozerwać jego zwłoki na strzępy. A mówimy tu o dziecku, które poszło za potrzebą na pole za obozem, w którym przebywało, a sęp czeka aż będzie mógł pożreć jego ekskrementy.


afrykańskie dziecko i sęp
fot. Kevin Carter

R.E.: Efektywność symboliczna tego zdjęcia, recepcja z jakiej jest znane i być może efekty jakie ono przyniesie – czy to nie usprawiedliwia tego typu „kłamstwa”?
J.-C.C: O jakich efektach Pan mówi? O litości wzbudzonej wśród publiczności zachodniej? O przedstawieniach urządzanych z rozładowywaniem worków z ryżem w portach Somalii? To na pewno nie zakończy wojny! Nie, naprawdę, te zainscenizowane ustawki mnie irytują. Doisneau zmarnował swój talent prowokując ambiwalentne odczucia co do natury swoich fotografii, podczas gdy, najczęściej, to ustawianie kadrów dawało mu doskonałe zdjęcia. Dlaczego by o tym nie mówić? Kwestionuje się przecież autentyczność zdjęcia autorstwa Roberta Capy (słynne zdjęcie z 5 września 1936r., zrobione koło Cerro Muriano) ukazujące hiszpańskiego republikanina upadającego do tyłu, w momencie kiedy wydaje się być trafiony kulą  z pistoletu. Fotograficzne ikony, jak obrazy religijne są często, u swego początku, wielkimi kłamstwami.
R.E.: Z pewnością nie powinniśmy winić obrazów za bycie fikcją i funkcjonowanie w tym wymiarze, ale czy intensywność fotografii prasowej nie pochodzi, właśnie z tego, co komunikuje nam o rzeczywistości? To zdjęcie Capy nie miałoby takiego wydźwięku, gdybyśmy wiedzieli, że ten człowiek symulował swoją śmierć…
J.-C.C: Mówimy o fotografii prasowej - dziedzinie - która przyswaja sobie rzeczywiste wydarzenia, a których świadkiem jest autor fotografii. Jeśli dobrowolnie wybieramy pracę w inny sposób, to będzie to już domena sztuki. Rzeczywistość będzie wtedy, być może, lepiej przetłumaczona, a takie zdjęcia, znajdą również swoje miejsce w dziennikach - należy jednak ostrzec czytelników. Jedyna rękojmia  takiej fotografii to integralność spojrzenia mojego i fotografa.
R.E.: W 1991 roku, relacjonował Pan wojnę w Zatoce, wojnę, o której przekazy były rygorystycznie kontrolowane. W jaki sposób Pan tam pracował?
J.-C.C: W Chile spotkałem trzech bardzo dobrych fotografów- reporterów wysłanych przez Time’a i Newsweeka - bardzo wymagające tygodniki, z którymi chciałem współpracować. Trochę później, spotkałem Roberta Pledge'a, dyrektora Contact Press Images i wstąpiłem do tej agencji. To dla niej śledziłem kryzys w Zatoce latem 1990 roku i potem, w następnym roku, wojnę. A odpowiadając na pytanie – po pierwsze, używałem podstępów wobec oficerów z działu prasowego armii.
R.E.: Dlaczego? Czy rzeczywiście chciano wami manipulować?
J.-C.C: Oczywiście. Chęć manipulowania mediami - zresztą ze strony we wszystkich obecnych tam armii - była ewidentna, bo dezinformacja to rzeczywista broń wojenna. Jako fotografowie byliśmy bardziej chronieni niż, na przykład, dziennikarze telewizyjni. Dobrze pamiętam, jak francuscy rzecznicy prasowi robili zamieszanie przed dziennikarzami, krótko przed godziną 20. we Francji, wiedząc dobrze, że ci ostatni nie będą w stanie zweryfikować podanych komunikatów przed emisją wieczornych programów informacyjnych. Potem cały następny dzień dziennikarze byli sfrustrowani, powtarzając te doniesienia, zwłaszcza, że byli pod stałą presją swoich redakcji w Paryżu. Wszyscy byli więźniami pośpiechu i nagłej konieczności. Dla nas, pracujących wtedy jeszcze z kliszą, co pociągało za sobą opóźnienie spowodowane wywołaniem filmów i zrobieniem odbitek, dana była pewna doza bezpieczeństwa, której, wobec rozwoju fotografii cyfrowej pozwalającej na niemal natychmiastowe rozpowszechnienie zdjęć, wkrótce zostaniemy pozbawieni.
Dla nas, fotografów i dziennikarzy prasowych, zabawa w kotka i myszkę z wojskiem nie była wielką trudnością, pod warunkiem, że w systemie kontroli informacji udało się utrzymać pewnego rodzaju zawór bezpieczeństwa. Kupowaliśmy panterki od żołnierzy amerykańskich albo sprowadzaliśmy je z Francji i podczas całego okresu bombardowań w Iraku, jeździliśmy po pustyni samochodem terenowym w poszukiwaniu żołnierzy koalicji. Z Egipcjanami to nie wychodziło dobrze, z Francuzami również. Kiedyś nawet zapędziliśmy się za daleko i natknęliśmy się na żołnierzy irackich, którzy woleli poddać się niż walczyć w przegranej wojnie - przekazaliśmy ich później  żołnierzom koalicji. Odkąd zaczęła się ofensywa naziemna, próbowaliśmy dotrzeć przed wszystkimi innymi, prawie wszystkimi, bo teren był zaminowany, do stolicy Kuwejtu. Tam znów, żołnierze iraccy poddawali się nam, a my nie mieliśmy możliwości pracować, ponieważ przez nasze ubrania- mundury, mieszkańcy myśleli, że to my wyzwoliliśmy ich miasto i rzucali nam się w ramiona.

Kilka kilometrów dalej odkryliśmy drogę, którą nazwaliśmy „autostradą śmierci”, to na niej dokonano zbombardowania konwojów żołnierzy irackich wycofujących się po splądrowaniu Kuwait City. Na długości 2 km stały samochody powykręcane w pełnym tego słowa znaczeniu. To był apokaliptyczny widok. W mieście, odbywał się trzydniowy obsceniczny spektakl triumfu. Mieszkańcy przyjeżdżali na „autostradę śmierci”, zabierali z niej broń, potem jeździli jak szaleni po nadmorskim bulwarze w stolicy, trąbili klaksonami i strzelali w powietrze. Niektórzy mieli nawet na swoich ubraniach naszywki z napisem „kuwejcki ruch oporu”. Wszystko to było dość podłe, zważywszy, że to święto łączyło się z prześladowaniami imigrantów palestyńskich. Dobrze pamiętam człowieka pobitego na śmierć, wrzuconego do bagażnika samochodowego, pamiętam też jego oprawców, którzy uniemożliwili mi zrobienie zdjęć. Kuwejtczycy też próbowali nami manipulować, naprawdę była wtedy potrzeba żeby opisywać te godne pożałowania czyny. Potem pracowałem z innym fotografem, Ericem Bouvet i pojechaliśmy drogą wiodącą do Basry i tam,  razem z innymi, 18. dziennikarzami, zostaliśmy uwięzieni przez armię iracką, Pozostaliśmy w więzieniu 10 dni, zanim przetransportowano nas helikopterem do Bagdadu i przekazano w ręce Czerwonego Krzyża. To dla mnie był koniec wojny w Zatoce.


część druga wywiadu w dalszej części bloga

środa, 17 października 2018

"Andrzej Duda. Agata Kornhauser-Duda. Trzylecie prezydentury" - recenzja fotograficzna


Pojawienie się albumu fotograficznego dokumentującego dwa lata prezydentury Andrzeja Dudy było wydarzeniem dość nieoczekiwanym, a sama publikacja przesycona pompatycznym i ubrązowiającym stylem nie wzbudziła wielu pozytywnych recenzji. Pisałem o nim tutaj.
Jakże zatem opisać jeszcze większe „nieoczekiwanie” towarzyszące ukazaniu się następnego albumu, znów podsumowującego, tym razem zupełnie nie-okrągły okres 3-lecia prezydentury?


okładka książki "Andrzej Duda, Agata Kornhauser-Duda. Trzylecie prezydentury"

(PDF albumu do pobrania ze strony Kancelarii Prezydenta RP tutaj)
Zdziwienie przechodzi w przeczucie, że za rok i za dwa lata znów możemy się spodziewać nowych „podsumowujących” wydawnictw Kancelarii Prezydenta RP. Ale mniejsza o ideę publikacji, ważne co jest w środku - czy uległ zmianie styl fotonarracji, czy będziemy mieli dokumentację prezydentury w sposób, który nie uśpi oka po 5 stronach, czy fotoedytorzy skończą z naiwnym pomysłem budowy dumnej ikony prezydenta w oparciu schematyczny dobór wciąż tych samych motywów?
Niestety. Album zawiera 185 zdjęć i przytłaczająca większość z nich stanowi stylistycznie i merytorycznie kontynuację poprzedniego albumu. Epatowanie polską flagą i barwami narodowymi na każdym niemal zdjęciu, na którym pojawia się prezydent, powoduje uczucie neofickiej nachalności, namiętna pogoń za prostą symboliką patriotyczną ogranicza zakres tematyczny zdjęć. Bardzo dużo jest też zdjęć uścisków dłoni, w kontekście rozmów politycznych. Gest to doniosły ale wizualnie wielce nudny. 

Andrzej Duda rozdający małe polskie flagi, Andrzej Duda wita sie z politykiem
fot. Jakub Szymczuk (lewe), Krzysztof Sitkowski (prawe)

Jaki wizerunek prezydenta?


Można odnieść wrażenie, że fotografowie i fotoedytorzy zrezygnowali nieco z prób pokazania prezydenta w sposób interesujący dla widza, skupiając się na „bogoojczyźnianej” wyliczance wizyt państwowych, przemówień, składaniu kwiatów, wręczaniu odznaczeń i oglądaniu występów zespołów pieśni i tańca. Zapętlanie się w pościgu przedstawienia prawie technicznej dokumentacji odbytych przez prezydenta spotkań, powoduje uczucie nudy towarzyszące przeglądaniu kroniki działalności urzędniczej. Interesujące, spontaniczne, niepozowane, wielowątkowe, frapujące zdjęcia prezydenta Dudy gdzieś na pewno są - całkiem sporo z nich można zobaczyć na prezydenckim Twitterze czy Instagramie. Zaledwie kilka z nich zostało włączonych do albumu na trzylecie.
Tych kilka ujęć, prezentowanych poniżej, wyróżnia się bardzo pozytywnie. Za tym ożywczym podmuchem w dokumentowaniu wizerunku prezydenta stoi nowy prezydencki fotograf – znany i ceniony reportażysta Jakub Szymczuk, który w 2017 dołączył do fotograficznej ekipy Andrzeja Dudy.  Wieloletnie doświadczenie prasowe jest wyraźnie widoczne w jego kadrach. Widać w nich starania, aby zainteresować widza swoim wyborem momentu naciśnięcia migawki, a nie tylko biernie dokumentować rozwój wypadków – z tym zjawiskiem mamy do czynienia w większości zdjęć z albumu na trzylecie prezydentury i w poprzednim – na dwulecie.

Dobre zdjęcia prezydenta


Zdjęcie z myśliwcem za oknem oraz z żołnierzem (w Korei) również za oknem (motyw ten sam ale jakże odmienne konteksty!) są moim zdaniem najciekawszymi ujęciami z prezydenckiego albumu. W końcu mamy też zdjęcie pary prezydenckiej w pozie swobodnej, niewymuszonej - pomimo pozowania - i natychmiast budzącej sympatię widza. 
Uśmiechnięty Andrzej Duda opiera sie o dch samochodu
fot. Jakub Szymczuk

 
Prezydent Andrzej Duda spogląda przez okno samolotu
fot. Jakub Szymczuk

Prezydent Andrzej Duda w Korei w otoczeniu ochroniarzy
fot. Jakub Szymczuk

Prezydent Andrzej Duda z żoną siedzą uśmiechnięci w limuzynie
fot. Jakub Szymczuk

Agata Kornhauser- Duda zwiedza muzeum
fot. Grzegorz Jakubowski

W zasadzie nowa foto-książka dubluje w 2/3 poprzednie wydawnictwo i może z tej przyczyny, radykalnie wzrosła liczba zdjęć poświęconych działalności Pierwszej Damy, która w pierwszym albumie nie zajmowała aż tak wiele miejsce. Na ponad 45% znajdujących  się w najnowszym albumie zdjęć, Agata Kornhauser-Duda pojawia się bez męża-prezydenta.
Można by życzyć prezydenckim fotografom, żeby częściej widzieli w działaniach prezydenta i jego otoczenia przejawy życia niż wykonywania obowiązków. Warto też częściej zwrócić obiektyw ku peryferiom wydarzeń, gdzie ludzie, ich zachowania, a nawet przedmioty, pozbawione bezpośredniego łącza z głównymi bohaterami oblekają się nietuzinkową siecią nowych wizualnych znaczeń.
Fotografia , której głównej osi nie stanowi osoba prezydenta też może o samym prezydencie wiele mówić.
Jeszcze tylko wspomnę o zdjęciu, które nie powinno się znaleźć w tego typie publikacji, z tej tylko racji, że jest źle wykonane technicznie- to poniższe zdjęcie z otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Pjongczangu. Ujęcie jest nieostre - postacie poruszone- niezbyt ciekawe treściowo. Z pewnością można by je zastąpić innym - ciekawszym i poprawniejszym technicznie.

Prezydent Andrzej Duda z żoną rozmawiają z politykami
fot. Jakub Szymczuk

Prezydenckie wpadki

Omawiając dokonania prezydenta Andrzeja Dudy w świetle zapisu fotograficznego, nie można pominąć żenujących wpadek jakie były jego udziałem, i które wzbudziły znaczący sprzeciw co do sposobu w jaki sprawuje swój urząd. Z pewnością nie nadają się do zamieszczenia w okolicznościowym albumie.
 Pierwsza sytuacja grzęźnie w niesmacznej atmosferze występu roznegliżowanych dzieci tańczących przed notablami, w tym przed prezydentem, który mógłby jakoś zareagować (opuścić salę, zasugerować zmianę w harmonogramie), ale niestety został przyłapany z idiotycznym uśmiechem na ustach w otoczeniu biskupa i polityków. Osoby odpowiedzialne za przygotowanie tego „występu artystycznego” wykazały się zupełnym brakiem wrażliwości wizualnej i zwykłej przyzwoitości względem dzieci  i ich rodziców.


Prezydent Andrzej Duda z politykami oglądają występ półnagich dziewczynek
fot. Dawid Żuchowicz

Druga sytuacja - przedstawia Polskę jako kraj-wasala wobec Stanów Zjednoczonych. To słynne zdjęcie przy biurku prezydenta USA Donald Trumpa okraszone twittami naszego prezydenta zawierającymi liczne błędy językowe (równie słynny "Ford Trump"). Niektóre komentarze można znaleźć tutaj lub tutaj
Prezydent Donald Trump i Prezydent Andrzej Duda  podpisują umowę przy biurku
fot. Twitter @ realDonaldTrump 

Na zakończenie jeszcze jedno zdjęcie, które można znaleźć na prezydenckim koncie Flickr, a które nie znalazło się w albumie, a szkoda. Dla porównania poniżej zdjęcie tego samego motywu robienia selfie z prezydenckiego albumu - dużo mniej interesujące.

Para nastolatków robi selfie z prezydentem Andrzejem Dudą w tle
fot. Jakub Szymczuk

uczeń robi selfie z prezydentem Andrzejem Dudą
fot. Jakub Szymczuk

Dla porównania - jak to robią Francuzi?

Na koniec jeszcze, by móc także spojrzeć- jak robią to inni - kilka ciekawszych zdjęć z prezydentury Emmanuela Macrona. Na instagramowym koncie prezydenta Francji znajduje się sporo schematycznych fotografii uwieczniających stałe, nudne elementy obowiązków głowy państwa, ale znajdziemy tam ujęcia- dużo liczniejsze niż u polskiego prezydenta- które stanowią o atrakcyjności i pomysłowości wizualnej narracji prezydentury Macrona.


zdjęcia prezydenta Manuela Macrona z Instagrama
fot. z konta Instagram @emmanuelmacron





poniedziałek, 6 listopada 2017

"Andrzej Duda. Dwa lata prezydentury" - polityczna foto-ksiażka roku


Prezydent  Andrzej Duda jedzie w samochodzie podczas uroczystości


W zaledwie 2 lata po objęciu funkcji prezydenta RP przez Andrzeja Dudę, Kancelaria prezydencka zdecydowała się na publikację foto-książki dokumentującej dotychczasowy przebieg jego kadencji. 

Forma wydawnictwa jest niebywale estetyczna, układ przejrzysty, dostosowany do tego typu publikacji i  prezentuje kilkanaście rozdziałów mających przybliżyć główne pola aktywności głowy państwa- między innymi: politykę zagraniczną, bezpieczeństwo, wspieranie gospodarki, Polonii czy sportu. Po krótkim tekście wprowadzającym prezentowane są fotografie wykonane łącznie przez sześcioro fotografów. PDF książki (z której pochodzą użyte tutaj fotografie) jest dostępny na oficjalnej stronie prezydenta RP

Co zatem mają do zaoferowania twórcy tej nieoczekiwanej foto-książki? Teksty eksploatują nieco skostniałą formę propagandy sukcesu poprzez nadmierną ekspozycję wyliczeń kolejnych osiągnięć prezydenta z punktu widzenia partii politycznej, z której się wywodzi. Brak oczywiście jakichkolwiek punktów dyskusyjnych, szkiców choćby toczonych sporów czy spraw „do załatwienia”, które mogłyby obraz prezydenta popsuć. 

Donald Trump i Andrzej Duda z małżonkami

Niestety fotografie wpisują się w tą trącącą naiwnym optymizmem wyliczankę dokonań prezydenta. W większości przypadków widzimy prezydenta w sytuacjach pozowanych lub w takich,  w których okoliczności usilnie wskazują, że zdjęcie będzie zrobione (np. moment odsłonięcia tablicy z nazwą ulicy Marszałka Piłsudskiego).
rozkładówka ze zdjęciami z  książki "Andrzej Duda. Dwa lata prezydentury"


Dominującymi motywami w książce są: oficjalne zdjęcia ze spotkań z innymi głowami państw lub przedstawicielami różnych grup społecznych,  przemówienia na różnych forach do różnych gremiów, podpisywanie oficjalnych dokumentów, składanie wieńców i przypinanie orderów. Książka ma w zamierzeniu pokazywać najważniejsze momenty tych dwóch lat, ale taki samoograniczający się szablon powoduje, że atmosfera wydawnictwa jest duszna, a ekspresja- biurokratycznie bezduszna. Strategia tematyzacji polegająca na uderzaniu ciągle w te same naprzemienne tony: uśmiechnięty - poważny, razi nadmiarem wyreżyserowania i schlebiania najmniej wymagającym oczekiwaniom. Czy prezydent Andrzej Duda nigdy się nad niczym głęboko nie zastanawia? czy nie bywa dogłębnie przejęty, poruszony jakąś sytuacją? czy nie miewa poważnych wątpliwości? nie bywa zaskoczony?

Razi w książce krocie rzędów głów patrzących na nas z pozowanych, grupowych zdjęć; z tematów lżejszych, zbijających trochę patos urzędu i ceremonii pozostaje głaskanie po główkach małych dzieci i łeb labradora. W rozdziale o odwiedzinach 52 powiatów polskich jest 6 zdjęć- z czego 3 z nich pokazują moment robienia selfie z prezydentem. Kilka lepszych zdjęć nie ratuje ogólnego odczucia schematyzmu i braku dokumentacyjnego polotu.

Prezydent Andrzej Duda rozmawia z chłopcem na wózku inwalidzkim z psem na pierwszym planie


Obraz prezydenta - urzędnik czy człowiek?


Można by się spodziewać foto-książki przedstawiającej prezydenta choć trochę „z bliska”- fotografie oficjalne możemy oglądać w mediach przy okazji każdej prezydenckiej wizyty czy każdego innego wydarzenia z kalendarza głowy państwa. Wielu zapewne jest widzów rozochoconych stylem, którym operuje  Pete Souza - fotograf Baracka Obamy. Pokazuje on szerokiej publiczności amerykańskiego prezydenta w okolicznościach pół- i całkiem nieoficjalnych; z dużą dozą dystansu wobec urzędu i protokołu co oczywiście sprawia, że odbrązowiona postać Obamy jawi się w pozytywnym świetle. Któż by przecież chciał oglądać fotografie - zależnie od okoliczności - nienagannie oficjalnie uśmiechniętego bądź poważnego urzędnika podczas wypełniania swoich konstytucyjnych obowiązków. Fotoedytorzy książki „Andrzej Duda. Dwa lata prezydentury” sądzili, że chętnych będzie wielu. Jest zatem usztywniony kanonem liczb i sprawozdań portret urzędnika - zabrakło portretu człowieka. 

Skoro publikacja jest już zbiorowym dziełem, a fotografowie zawiedli w kwestii ujęć ocieplających wizerunek prezydenta, warto by było poprosić obywateli, którzy mieli okazję zrobić sobie to przysłowiowe selfie o udostępnienie zdjęć do publikacji- na tysiące tego typu wykonanych zdjęć, na pewno znalazłby się kilka w dobrej jakości i niebanalnej treści.


Album prezydenta Bronisława Komorowskiego


Naturalnym porównaniem dla "Andrzej Duda. Dwa lata prezydentury" jest publikacja "Prezydentura w obiektywie" wyd. 2015 - zapis 5-letniej kadencji Bronisława Komorowskiego. Zapewne animozje polityczne nie pozwoliły na sugerowanie się stylem poprzedniej prezydenckiej ekipy fotograficznej. Wielka szkoda- efekt pracy tamtego zespołu fotografów i fotoedytorów jest dużo bardziej interesujący; więcej frapujących zdjęć i dużo ciekawsza w wymiarze tematycznym koncepcja foto-książki.


Prezydent Bronisław Komorowski podczas spaceru i w biurze
fot. Wojciech Grzędziński, fotografie znalazły się w książce "Prezydentura w obiektywie" wyd. 2015

Co stało się z koncepcją budowy wizerunku prezydenta poprzez fotografię? Dlaczego Bronisław Komorowski miał ekipę gotową pójść w ślady najlepszych fotografów politycznych, ludzi mających intuicję, umiejętności i talent, którzy z odwagą spotkali się z konwencjami nowoczesnego postrzegania roli komunikacji obrazami w życiu publicznym, nawet mając za tworzywo naszą polską przaśną przestrzeń polityczną a Andrzej Duda nie zasługuje na to takie same traktowanie i zostaje mu wystawiona sztampowa, nudna do przesytu fotograficzna laurka?
rozkładówka ze zdjęciami z  książki "Andrzej Duda. Dwa lata prezydentury"


Sama decyzja wydania albumu, odwołanie się do tej formy prezentacyjnej zaledwie po dwóch latach sprawowania urzędu jest błędna. Za wcześnie jeszcze na takie podsumowania, a publikacja niedokończonego projektu jest szkolnym błędem każdego fotograficznego cyklu. Nie obwiniajmy jednak li tylko samych fotografów- nie wszystko od nich zależy. Fotoedytorzy i autorzy koncepcji książki mają swój udział w tej porażce nie mniejszy niż osoby odpowiedzialne za reglamentacje dostępu fotografów do prezydenta Dudy. Kiedy fotografów ogranicza brak dostępu do fotografowanej osoby, nie ma możliwości, aby powstały interesujące zdjęcia.



rozkładówka ze zdjęciami z książki "Andrzej Duda. Dwa lata prezydentury". Tekst i zdjęcie


Na koniec kilka westchnień w życzeniowym typie "jak to by mogło wyglądać" - politycznie osadzona - bo od tego trudno uciec- ale jednocześnie lekka i intrygująca fotografia wspomnianego już Pete-a Souzy i jego podejście do fotografowania przywódcy światowego mocarstwa.



Barack Obama w scenach z życia prezydenta i ojca


Barack Obama w scenach z życia prezydenta i ojca, na rybach i w biurze


Barack Obama w scenach z życia prezydenta i ojca



Barack Obama  spaceruje za oknem, biegnie z psem