Podróż poprzez współczesną fotografię dokumentalną, a także jej odbiór, emocje jakie wzbudza - to podróż poprzez nasze globalne społeczeństwo, które przyglądając się swoim własnym obrazom na łamach prasy, na ekranach monitorów i smartfonów jest jednocześnie przedmiotem i podmiotem fotografii. Pętla społeczeństwo - fotograf - fotografia - społeczeństwo jest samonapędzającym się mechanizmem wzajemnych relacji i sprzężeń zwrotnych
Dobrze pamiętam jedno z moich pierwszych zleceń fotograficznych, była to relacja z masowej ulicznej demonstracji.
Po proteście przybiegłem jak najszybciej do redakcji z około setką zdjęć, i 99 z nich zostało odrzuconych przez redaktora głównego, a to jedno przeszło z dalszą adnotacją - "złe, ale coś musimy puścić przy informacji tekstowej".
Czekała mnie pouczająca rozmowa na temat preferencji wizualnych czytelników, która była jednym ze znaczących etapów mojej teoretycznej edukacji fotograficznej, bo technicznie już umiałem robić zdjęcia - nie wiedziałem tylko jakie powinienem robić, aby komunikowały one określone informacje. Teoretyczną edukację fotograficzną przechodziłem już w trakcie dostarczania zdjęć newsowych, bo moim największym atutem w małej redakcji - w tamtych zamierzchłych czasach - było posiadanie cyfrowego aparatu umożliwiającego szybki transfer zdjęć do komputera.
Twarz demonstracji
Demonstracja była dość liczna i spokojna - jakieś kilka tysięcy ludzi i wydawało mi się, że najważniejszym przekazem powinna być ilość demonstrantów i robiłem różne ujęcia w taki sposób, aby w kadrze były pokazane jak największe tłumy. Tymczasem, redaktorgłówny liczył, że przyniosę mu jakieś zbliżenia twarzy osób biorących udział w proteście. Historia opowiedziana przez jedną lub kilka twarzy jest dużo bardziej sugestywna niż tysiące anonimowych głów.
Po latach rozumiem, co nim kierowało, wtedy jednak z trudem docierało do mnie, że nie zrobiły dobrego wrażenia całkiem ostre zdjęcia tysięcy głów na ulicy.
- Gębić, gębić, gębić - usłyszałem z ust redaktora – Chcę patrzeć na twarze, nie na morze głów - dodał.
Ludzie wchodzą w interakcje ze zdjęciami, na których widzą ludzkie twarze - ładne, brzydsze, uśmiechnięte, zatroskane, gniewne - jakiekolwiek wyrażające jakieś emocje. Następna niepisana reguła mówi, że im wyrażanie emocji jest bardziej ekstremalne, tym lepiej dla zdjęcia.
Z czasem nauczyłem się, na co zwracać uwagę na ulicznych demonstracjach i zacząłem przynosić do redakcji kadry bardziej przemyślane i docierające - taką mam nadzieję - głębiej do wyobraźni odbiorców.
Protest studentów w Dublinie, Irlandia 2010. fot. Tomasz Szustek
Antyrządowy protest w Dublinie 2010. fot. Tomasz Szustek
Protest rolników, Dublin, 2012, fot. Tomasz Szustek
Ręce w górze mile widziane
Oczywiście, jeśli relacja z protestu lub demonstracji będzie zawierać kilka zdjęć, to będą potrzebne kadry ukazujące skalę tego wydarzenia.
Zawsze dobrze jest zrobić kilka ujęć szerokich, z dystansu, jeśli to możliwe pokazujących jakiś ruch, zmianę (np. idący tłum, komunikację między ludźmi w tłumie, z policją, itp). Często jednak, edytor będzie musiał wybrać jedną fotografię i w większości wypadków będzie to bliski lub średni kadr.
fot. Cliff Owen/AP
fot. Leah Millis/Reuters
Szczególnie jeśli demonstracja odbywa się w Azji, Afryce lub Ameryce Południowej, zachodni widz wydaje się spragniony egzotycznych postaci w protestacyjnym szyku, najlepiej w oryginalnych, tubylczych strojach.
fot. Ueslei Marcelino/Reuters
Nadzwyczaj często zdjęcia są w dzisiejszych czasach tylko uzupełnieniem materiałów wideo, które lepiej ukazują dynamikę tłumnych demonstracji. Tym istotniejszym wydaje się nadać masowym protestom twarz uczestników lub uczestniczek. Oto kilka przykładów amerykańskiej fotografki Evelyn Hockstein.
fot. Evelyn Hockstein/Reuters.
fot. Evelyn Hockstein/Reuters
Te uwagi dotyczą jednak tylko masowych demonstracji, które przebiegają w sposób pokojowy i w miarę zorganizowany. W takim przypadku mamy nieco ograniczony zakres tematyczny zdjęć. Są to ujęcia wspomnianych postaci lub twarzy, ogólny widok demonstracji lub hasła, transparenty i "gadżety" używane podczas masowych ulicznych demonstracji, o których pisałem w kontekście teatralizacji nowoczesnych protestów.
Poszukiwanie symboliki
Naturalnym także wydaje się mimowolne poszukiwanie w ujęciach sytuacyjnych na demonstracji, manifestacji czy marszu protestacyjnym jakiejś symboliki, skrótowego ujęcia tematu, gestu, który by podsumował wykrzyczane hasła, napięcie, gniew, rozgoryczenie itp. Czasem się to udaje, ale nie zawsze. Nie jest to metoda na zrobienie genialnego zdjęcia, ale tak przeważnie fotoreporterzy działają - poszukują podsumowania sensu protestowania w jednym kadrze. Masowe protesty mają to do siebie, że są w dużym stopniu steatralizowanym spektaklem, z całą masą zachowań wyreżyserowanych, przygotowanych wcześniej, bądź robionych "na pokaz".
Demonstracje całkiem niepokojowe
Zupełnie inaczej ma się sprawa w przypadku demonstracji, które wymykają się spod kontroli. Napierający tłum, szarpaniny z policją, starcia z kontrprotestującymi, pożary, wtargnięcia do budynków urzędów, centrów handlowych, akty wandalizmu, ranni, niekiedy zabici - to wszystko przyćmiewa poprzednią hierarchię, wysuwając na pierwszą linię zdjęcia, które ekspresyjnie obrazują dynamikę interakcji, dają wgląd w kluczowe akty przemocy, obrazują przebieg dezintegracji pierwotnej demonstracji. Dużo łatwiej wtedy o uchwycenie kadrów symbolicznych, które ucieleśniają w swoim wydźwięku hasła, pod którymi ludzie przyszli na protest, emanują wściekłością i gniewem tłumu. Żeby zrobić takie zdjęcia, potrzeba już zestawu nieco innych fotograficznych umiejętności. Ale o tym innym razem.
W środowisku fotoreporterów zwykło się dość powszechnie uważać, że relacjonowanie obrad parlamentu stanowi jedno z najnudniejszych zadań, jakie mogą zlecić szefowie. Serie niekończących się wystąpień wiecznie skłóconych frakcji politycznych działają jak najlepszy usypiacz. Sytuacji wcale nie poprawia brak akcji i powtarzające się te same gesty i pozycje parlamentarzystów. Nakaz przebywania w loży dziennikarskiej skutecznie uniemożliwia przemieszczanie się w poszukiwaniu interesujących ujęć. W skrócie - zsyłka karna, szczególnie dla młodych, żądnych dynamicznej pracy fotoreporterów.
Czasem jednak i w parlamencie dzieją się rzeczy nietuzinkowe, a nawet zupełnie niezwykłe, by nie powiedzieć przerażające.
Saul Loeb, fotoreporter AFP, dostał właśnie jedno z takich nudnych zleceń, polegające na śledzeniu sesji amerykańskiego parlamentu, jednak to, co stało się później - szturm na Kapitol i chaos w jego wnętrzu, stały się tego dnia głównym tematem jego zdjęć . Atak prawicowych ekstremistów na budynek parlamentu wstrząsnął Amerykanami, wprawił w osłupienie sporą część świata, a i ucieszył tego i owego.
Relację Saula Loeba z tego wyjątkowego dnia można obejrzeć tutaj
fot. Saul Loeb/AFP/Getty Images
Saul Loeb/AFP/Getty Images
fot. Saul Loeb/AFP/Getty Images
Jak mówi Loeb, fakt, że zwolennicy Trumpa znaleźli się w budynku amerykańskiego parlamentu był zaskoczeniem także dla nich samych. Nikt nie spodziewał się, że jeden z najpilniej strzeżonych budynków w USA tak szybko i prawie bez oporu ulegnie naporowi dzikiej tłuszczy. Również Drew Angerer z Getty Images, inny fotoreporter oddelegowany do obsługi posiedzenia obu izb parlamentu, nie przypuszczał, że tego dnia przyjdzie mu fotografować policjantów celujących z broni palnej do ludzi próbujących wedrzeć się do sali, na której przebywali członkowie Kongresu.
fot. Drew Angerer/Getty Images
Spora część, zupełnie surrealistycznych ujęć z tych dramatycznych wydarzeń, została zrobiona przez fotografów, którzy relacjonowali przebieg zgromadzenia zwolenników prezydenta Donalda Trumpa i wraz z nimi, niesieni falą tłumu znaleźli się wewnątrz budynku.
fot. Ron Haviv/ VII
fot. Win Mcnamee/ Getty Images/AFP
Budynek parlamentu, jakiegokolwiek kraju zachodniego, nie był do tej pory sceną tak osobliwych, groteskowych i zarazem niepokojących wydarzeń. Powaga amerykańskich, słynących z patetycznych odniesień, instytucji państwowych zniknęła niczym śnieg na Florydzie, a kompromitacja odchodzącego prezydenta, okupiona pięcioma ofiarami śmiertelnymi zawstydziła wielu zatroskanych o swój kraj Amerykanów. Chaotyczne, rozstrzęsione materiały filmowe z wnętrza Kapitolu, muszą w tym przypadku ustąpić pierwszeństwa fotografiom, które pozostaną tą wstydliwą, zapadającą w kolektywną pamięć pamiątką po tych wydarzeniach.
Projektanci stron tytułowych tygodników i miesięczników już dostrzeli w tym epizodycznym potknięciu amerykańskiej demokracji źródło ożywczej inspiracji.
Fenomen nietuzinkowych komponentów wizualnych, które towarzyszą szerokim strumieniom rozgoryczonych, demonstrujących mas ludzkich, zaczął mnie zastanawiać za czasów irlandzkiej recesji, począwszy od roku 2008.
Wtedy to regularnie relacjonowałem uliczne protesty i z tygodnia na tydzień rósł mój podziw nad wyobraźnią i kreatywnością demonstrantów. Zacząłem śledzić rozwój współczesnych form protestów ulicznych, mając w pamięci czarno-białe zdjęcia z demonstracji „Solidarności” z lat 80. Od tamtych czasów oprawa, jaka towarzyszy zmasowanej formie protestu uległa znacznym zmianom.
Manifestacja NZS 1989 w Lublinie fot Marek Tischner
Demonstracja w jednym z miast w Polsce, 1981r. fot A. Zbraniecki
Ale i w tamtych „szarych” czasach można było zauważyć ruchy, który wyprzedziły swój czasy i do gry protestu wobec totalitarnej władzy zaprzęgły coś w rodzaju performansu - happeningu - spektaklu. Mowa oczywiście Pomarańczowej Alternatywie.
Były to działania, choć w rdzeniu protestacyjne, to nakierowane na osiąganie nieco innych celów (drwina, żonglerka absurdami, kompromitacja władzy) niż klasyczne demonstracje uliczne i jako takie przynależą zarówno do świata sztuki jak i masowego protestu społeczno – politycznego. Obecne tam pierwiastki niedookreśloności, przypadku, „szaleństwa happeningu” emanują raz po raz w demonstracjach czasów późniejszych, windując stopień wyrazistości tych protestów.
Zmiana strategii wizualnego oporu
Wraz z rozwojem medialnych technik cyfrowych, w tym głównie aparatów, kamer i smartfonów, oraz internetu, uliczne protesty na całym świecie przestały być jedynie monolitycznym zbiorowiskiem ludzi protestujących przeciwko czemuś lub komuś z hasłami wymalowanymi farbą na kawałku sklejki czy paśmie białego materiału trzymanego przez dwie osoby.
Zgodnie z wielokrotnie potwierdzoną teorią o wzroście znaczenia terminu "spektakl", odnoszącego się do różnych form organizowania, przeżywania i ekspresji emocji w dużych zbiorowiskach ludzkich (Guy Debord - "Społeczeństwo spektaklu", wyd. 1967), mamy tu do czynienia z mechanizmem odgrywania pewnych ról. Aby uczynić swój protest zauważalnym - a więc domyślnie, skutecznym - uczestnicy protestów robią wszystko aby uatrakcyjnić swoje akcje. Starają się przykuć uwagę. Protest, demonstracja, manifestacja - również stały się towarem - i trzeba je atrakcyjnie opakować aby z powodzeniem je sprzedać. W pierwszej kolejności mediom.
Teatralizacja wydarzeń pod potrzeby mediów jest zresztą stałym trendem w organizacji wszelkiego typu wydarzeń, w tym politycznych, religijnych, co wdać wyraźnie jesli przegladamy serwisy forograficne w typie "The week around the world in 20 pictures" w The Guardian czy The Photos of the Week w The Atlantic.
Dawne obrazy ulicznych demonstracji, które patetycznie określano mianem „niezmierzonego morza głów”, zaczęły ustępować miejsca innego typu ujęciom. Najczęściej obrazy te przedstawiają czoło pochodu lub manifestacji, w którym można dostrzec przeróżnej proweniencji performerów, osoby przebrane w najdziwniejsze kostiumy, których źródeł inspiracji można szukać od postaci z czasów epoki kamienia po mitologię filmów science-fiction w typie „Gwiezdnych wojen”. Zjawisko to stało się powszechne na wszystkich kontynentach, najobficiej jednak kwitnąc w krajach liberalnej demokracji.
W instrumentarium nowoczesnej demonstracji ulicznej bardzo często pojawiają się rekwizyty lub atrapy przedmiotów kojarzące się z profesją protestujących: zwierzęta hodowlane lub ich części, narzędzia pracy - proste i mechaniczne, jeśli akurat protestują np. rolnicy:
Warszawa, fot. Michał Kołodziejczak Twitter
Farmer w ciągniku podczas protestu przed siedzibą rządu, Dublin, Irlandia, 2012, fot. Tomasz Szustek
Atrapy wielkich strzykawek i czepki – jeśli protestują
pielęgniarki:
Protest pracowników służby, Irlandia, 2011 fot. Tomasz Szustek
Uliczne demonstracje wypełniają kukły, lalki, monstrualne podobizny znanych i kontestowanych osób.
Antyrządowa demonstracja w Irlandii w 2009, karykatury premiera i ministra finansów, fot. T. Szustek
Protest przeciwko wizycie Donalda Trumpa w Irlandii, Dublin 2019, fot. Tomasz Szustek
Minorowe nastroje popychają oburzonych demonstrantów do wywleczenia na ulice całego asortymentu rekwizytów spod znaku Tanatosa, jak trumny, maski rzekomej śmierci, a nawet tu i ówdzie kosy.
Protest policjantów w Warszawie,2018, fot. PAP
Protest branży futerkowej w Warszawie, 2020, fot. Jakub Szafranski z strony www.krytykapolityczna.pl
Protest studentów, Irlandia, 2011, fot. Tomasz Szustek
Protest antyrządowy, Dublin, Irlandia, 2013, fot. Tomasz Szustek
Znacznemu urozmaiceniu uległy też hasła protestujących. To już nie tylko proste napisy jak w podczas poznańskiego czerwca „Żądamy chleba”, ale wielowątkowe, erudycyjne mini-poematy.
Organizatorzy protestów w mig zrozumieli, jak wiele dla zwiększenia pola rażenia ich idei znaczy możliwość przyciągnięcia uwagi mediów, w tym fotoreporterów. Nietuzinkowe postacie, przebrania, rekwizyty, transparenty, banery, flagi i hasła przyciągają jak lep obiektywy kamer i aparatów fotograficznych. Taka zmiana stategii oporu i buntu na poziomie wizualnym przynosi rezultaty. Kolorowe, rozedgrane, dynamiczne i pomysłowe postacie, hasła i rekwizyty z protestów trafiają na czołówki portali informacyjnych i gazet.
Postać z antyrządowego protestu, Dublin 2010, fot. Tomasz Szustek
Oto kilka przykładów z warszawskiego strajku klimatycznego z 2019 r.
czy akcje egipskiej aktywistki Alii Magdy Elmahdy skierowane przeciwko opresyjności prawa islamskiego.
ze strony www.courrierinternational.com
Kobiety w pełni wykorzystują siłę przyciągania swoich odsłoniętych ciał i z szoku obyczajowo-kulturowego czynią formę dotarcia ze swoim przekazem do odbiorcy wizualnego. Czy to przekracza już sferę dobrego gustu i przyzwoitości? Walka o wielkie sprawy wymaga determinacji i pomysłowości. Protesty na całym świecie mają się dobrze, jest jeszcze wiele do wywalczenia, sporo do obalenia. Czekam na nowe, interesujące metody ulicznego oburzenia.
PS. dopisek z początku listopada
Nie liczyłem na wiele, w tak krótkim czasie, gdy pisząc w połowie września
kurtuazyjne i zdawkowe "Czekam na nowe, interesujące metody ulicznego
oburzenia". Działające jak kropla przeważająca czarę oburzenia, orzeczenie
Trybunału Konstytucyjnego z dnia 22. października dotyczące warunków
dopuszczalności przerywania ciąży, wywołało niespotykaną dotąd w III RP falę
społecznego sprzeciwu. Uliczne demonstracje, za nic mające koronawirusowe
obostrzenia, zachwiały delikatną równowagą sceny politycznej i na dobre wykuły
nowe paradygmaty sprzeciwu wobec opresyjności partii rządzącej.
fot. www.facebook.com/SekcjaGimnastyczna/
fot. www.facebook.com/Barejabytego/
Co najbardziej rzuca się w oczy na protestach Strajku Kobiet,
to hasła jakie głoszą jego uczestniczki i uczestnicy. W powyższym poście
wspominałem o hasłach na transparentach, które niekiedy bywają małymi formami
artystycznymi, i właśnie w manifestacjach w proteście przeciwko zaostrzaniu
warunków aborcji, ta forma sprzeciwu osiągnęła niespotykaną dotąd w Polsce finezyjność. Ilość i obszar skojarzeń, odniesień, parafraz, zapożyczeń, interpretacji, przysłów, a wszystko to podlane wulgarną dosłownością głównego hasła
nawołującego, delikatnie mówiąc "do opuszczenia sceny", zszokowało
wielu demokratycznych purystów ulicznych demonstracji, a urzekło na przykład naszą najnowszą noblistkę Olgę Tokarczuk.
fot. www.facebook.com/SekcjaGimnastyczna/
fot. www.facebook.com/SekcjaGimnastyczna/
fot. www.facebook.com/SekcjaGimnastyczna/
fot. www.facebook.com/SekcjaGimnastyczna/
fot. www.facebook.com/SekcjaGimnastyczna/
fot. www.facebook.com/SekcjaGimnastyczna/
Medialność przekazu tych manifestacji jest uderzająca. Używany język jest bezcermonialnym slangiem samych
oburzonych, nie rządzą nim reguły skostniałych, pokrytych kurzem
zaśpiewów rewolucyjnych z częstochowskimi rymami. Od samego początku
uliczna forma protestu ukierunkowana była na jak największy zasięg wizualnego rażenia.
Antywirusowy nakaz noszenia maseczek uczynił z uczestników i uczestniczek tych marszów oburzenia anonimowych demonstrantów. W niepamięć poszły niegdysiejsze zakazy zasłaniania twarzy, notorycznie łamane przez patopatriotów z warszawskich Marszów Niepodległości 11 listopada. Niemożność identyfikacji zawsze pobudza do działań bardziej radykalnych, tak było zapewne i w przypadku licznych akcji Strajku Kobiet, a swoją nad wyraz patologiczną formę przybrało znowu na Marszu Niepodległości 2020, ale to już inna historia.
fot. www.facebook.com/SekcjaGimnastyczna/
fot. Karol Grygoruk, www.instagram.com/karolgrygoruk/
Wspomniane błyskotliwe, bezkompromisowe hasła, jeden, mocny, łatwy
do zapamiętania znak rozpoznawczy Strajku Kobiet - czerwony piorun, bezpośredniość przekazu,
poparcie wielu znaczących osób zaufania publicznego, naukowców, artystów, celebrytów - to
wszystko świadczy, o prawdziwym, niekłamanym oburzeniu ale i o znajomości reguł dotarcia ze swoim przekazem do jak największej ilości odbiorców.
fot. www.facebook.com/SekcjaGimnastyczna/
fot. Karol Grygoruk, www.instagram.com/karolgrygoruk/
Ten sam protest z
tą samą ilością ludzi go popierających miałby znacznie mniejszy wpływ na
rządzących, gdyby był tylko zbiorowiskiem ludzi krzyczących swoje hasła na
ulicach. Bycie widzianym w formie agresywnej, skierowanej prosto w oponenta bywa skuteczną bronią uciemiężonych. Pozostaje jeszcze kwesta determinacji. Czas jak zwykle pokaże, czy
protest faktycznie stanie się zaczynem zmian, czy po takim niezwykłym, żywiołowym
starcie pogrąży się w zimowym letargu, a młodzi gniewni powrócą do wpatrywania się w ekrany swoich smartfonów, jak to miało miejsce np. w przypadku niedawnych protestów młodzieży w Turcji.
W ostatnich latach, dzięki wielu aplikacjom
bardzo znacząco wzrosła popularność filtrów dla cyfrowych zdjęć fotograficznych.
Szczególnie Instagram przyczynił się do tego, że filtr stał się prawie
nieodłącznym elementem naszych postów w mediach społecznościowych.
Wydawałoby się, że mówienie o
koloryzujących filtrach w kontekście fotografii dokumentalnej to przejaw infantylizmu
i braku profesjonalizmu i powinno to budzić opór na płaszczyźnie metodologicznej. Zdjęcia
dokumentalne muszą wszak być jak najbardziej „prawdziwe”, poddane tylko
niewielkiej obróbce cyfrowej, aby „wiernie” oddać rzeczywistość sprzed
obiektywu. To w istocie myślenie słuszne. Ale tylko w bardzo ogólnych zarysach.
Po pierwsze, każda matryca w aparacie
cyfrowym jest wyposażona w filtry, których czułość i zakres tonalny różnią się w
zależności od poszczególnych producentów. Pierwszą obróbką jest już sama
transmisja obrazu na nośnik cyfrowy, co w istocie jest jednym wielkim przejściem
przez wiele filtrów. Stąd różnice - zauważalne gołym okiem - w zdjęciach
zrobionych w tych samych warunkach, w tej samej chwili i przy identycznych
ustawieniach, przez aparaty różnych firm. Ale oczywiście nie chcemy tu mówić o
kwestiach czy na zdjęciach zrobionych aparatem marki X twarze modela albo
zieleń trawy są nieco odmienne kolorystycznie niż na zdjęciach zrobionych aparatem
marki Y. To są niuanse, które się jednak kończą, kiedy zmiany kolorystyczne, kontrastowe,
szumowe i inne zaczynają w sposób znaczący zmieniać pierwotny plik cyfrowy. I
na takie zmiany fotografia dokumentalna nie może sobie pozwolić, o czym
dobitnie świadczy regulamin konkursu World Press Photo.
Należy także zwracać uwagę, aby filtry nie
zasłoniły tego co ważne i interesujące. Można uznać, że takie zabiegi
estetyzujące to marginalia poważnej fotografii, ale forma, mimo wszystko też jest ważna,
cokolwiek by nie sądzić o dominancie ciężaru pakietu treści merytorycznych i
kontekstu społeczno-historycznego.
Podręczna paleta filtrów
Istnieje jednak niezliczona paleta
filtrów - czasami całkiem mocnych - które może do woli używać każdy dokumentalista.
Ta nieograniczona karuzela opcji jest dostępna na miejscu, w terenie, wbudowana
w tkankę naszego otoczenia. W zasadzie każda płaszczyzna, która jest choć trochę
przezroczysta może posłużyć jako naturalny – w pełni dozwolony w dokumencie -
filtr fotograficzny.
Pierwszy z brzegu przykład: szyba w
samochodzie. Banalne - ale jakże twórcze! Oto fotografie nieodżałowanego Stanleya Green'a. Dwa ujęcia z wykorzystaniem samochodowego okna od wewnątrz i na zewnątrz.
Czeczenia 1995, fot. Stanley Greene/NOOR
Czeczenia 2001, fot. Stanley Greene/NOOR
Szyba, czy to w oknie samochodu czy w budynku, to znakomity filtr nakładający na obraz widziany przez obiektyw dwa elementy.
Po pierwsze, zabrudzenia na samym szkle, które mogą dać bogate efekty
zwielokratniające atrakcyjność estetyczną zdjęcia. Po drugie, jeśli spojrzeć na
szybę/szło pod szczególnym kątem i przy odpowiednim oświetleniu – to na obraz z
oddali nakłada się odbicie tego co jest wokół fotografa, szkło pełni funkcję
półprzepuszczalnego zwierciadła - a to już istna kopalnia pomysłów jak zrobić
ze zdjęcia wielowarstwowe - pogłębione studium sytuacji.
Filtry mistrzów
Znani i cenieni dokumentaliści
bez skrępowania korzystają z zasobów, jakie dostarcza to podręczne kompendium
powierzchni szklanych o różnej transparentności. Jednym z nich jest fotograf agencji Magnum Moises Saman.
Oto kilka zdjęć jego autorstwa, w których twórczo wykorzystał potencjał
naturalnych filtrów, podkręcając niepokój interpretacyjny przez dodanie
pokładów wielowątkowości.
Egipt 2012, fot. Moises Saman/ Magnum
Tunezja 2011, fot. Moises Saman/ Magnum
Tym samym tropem idzie inny fotograf
z Magnum – Paolo Pellegrin. Także i w jego przypadku widać intencjonalność,
uprzednie przemyślenie, przewidzenie kadru i umyślną grę z
odbiciami i wyzwierciedleniami na powierzchni szyb. Jego ujęcia tworzą mocne, nasycone wielowymiarową
treścią przekazy wizualne.
Nowy Jork, fot. Paolo Pellegrin/Magnum
Nowy Jork, fot. Paolo Pellegrin/Magnum
Kosowo 1999, fot. Paolo Pellegrin/Magnum
Liban 2006, fot. Paolo Pellegrin/Magnum
Innym ciekawym rozwiązaniem filtrującym, które rozbija niezmącony widok czystego kadru są wszelkiego rodzaju tkaniny.
Tanzania, fot. Marcus Bleasdale
Egipt, fot. Andy Spyra
Egipt 2011, fot. Paolo Pellegrin
Jako filtr mogą służyć także inne elementy, np. wentylator
Syria 2014, fot. Andrew McConnell
lub....
Kuba 2015, fot, Paolo Pellegrin/Magnum
No właśnie, dokładnie nie wiadomo, ale zdecydowanie tworzy ciekawą kompozycję.
Niektórzy fotografowie idą o krok dalej i sami podkładająciekawy filtr pod oko obiektywu. Poniżej przykład na granicy etyki dziennikarskiej, choć efekt jest jak najbardziej przejmujący.
Ukraina, fot. Maxim Dondiuk
Zdecydowanie warto - o ile mamy nieco czasu - rozejrzeć się wokół siebie podczas fotografowania i poszukać elementów, które rozbiją monotonne ujęcia. Takie odbicia, wtręty w kadr i inne "przeszkadzajki" mogą stać się sekretną ingrediencją ulicznego repozytorium, która będzie stanowić o wyjątkowości naszego zdjęcia.
Na zakończenie akcent prywatny- jednym z moich ulubionych źródeł filtrów
podczas pobytu w Marsylii była szklana, upstrzona farbą ze spraya budka
telefoniczna z widokiem na morze z wyspą i zamkiem If w tle. Dziś budki już nie ma, zostały tylko zdjęcia.