Fotoedytorzy irlandzkich tytułów prasowych uwielbiają zdjęcia - o ile to możliwe na pierwszej stronie - zrobione w okolicznościach w pełni kontrolowanych i do znudzenia pozowanych.
Takie „ustawki” czy „pozowanki” obdarzane są
niezrozumiałą estymą, ale ich obecność na łamach poważnej prasy nie jest
przypadkowa. Nie jest to li tylko spowodowane szorstkim charakterem wizualnej
wrażliwości fotoedytorów prasowych i mało wyszukanymi gustami czytelników.
Jedną z innych przyczyn może być zwyczaj tzw.
photocall. Wyjaśnię na przykładzie fikcyjnym, ale dobrze osadzonym w irlandzkich
realiach. Przypuśćmy, że jedna z wiodących organizacji społecznych rozpoczyna
kampanię propagującą zdrowe odżywianie w oparciu o produkty lokalnych rolników.
Do prasy zostaje rozesłana wiadomość (photocall), informująca, że o tej i o tej
godzinie, w takim to a takim parku miejskim odbędzie się rozpoczęcie kampanii.
Na tę okazję zostają wynajęte dwie hostessy i zaproszonych zostaje 4 lokalnych
rolników, którzy będą promować wyroby swoje i swoich kolegów po fachu. Fotografowie licznie przybywają, warzywa i owoce zostają estetycznie ułożone w koszach,
wokół których hostessy w mini spódniczkach i rolnicy ustawią się półkołem, uśmiechną
się, zrobią jakiś gest rękoma i taka scena zostanie sfotografowana przez kilku
fotografów. Zdjęcia te z pewnością przyciągną uwagę fotoedytorów wiodących
dzienników i ukażą się nazajutrz w druku i na stronach internetowych. Nie jest wykluczone,
że organizacje płacą za ukazanie się zdjęć z ich „eventu”. Taka praktyka była
by po prostu innym rodzajem reklamy.
Poniżej przykład takiej właśnie fotografii z
rozpoczęcia kampanii zdrowotnej o tematyce sportowej.
Spójrzmy teraz, od strony technicznej, na przykład z
życia wzięty. Nie jest to klasyczny „photocall”, ale zostają w nim
zaimplementowane metody, które mają
szerokie zastosowanie w „photocall-ach”, takie jak: arbitralny wybór miejsca, w którym
znajdują się modele/modelki; przyjmowanie póz, robienie gestów podpowiadanych
czy czasem wręcz wymuszanych przez fotografów.
„Bloomsday” – śladami Jamesa Joyce’a
Na corocznym festiwalu Bloomsday przyszło mi w 2019
roku, pełnić rolę dziennikarza radiowego, ale oczywiście aparat fotograficzny
również ze sobą zabrałem. Dla krótkiego wdrożenia w temat - festiwal Bloomdsay
jest obchodzony w Dublinie dla uczczenia twórczości Jamesa Joyce’a, w
szczególności jego przełomowej powieści „Ulisses”. Data nie jest przypadkowa,
jest o dzień w którym Joyce poznał swoją przyszłą żonę Norę i co istotniejsze, w tym dniu osadził całą akcję swojej dublińskiej epopei.
Podczas Bloomsday odbywa się wiele imprez, w tym odczytów,
pokazów, przedstawień itp. Bardzo wiele uczestników tych wydarzeń kulturalnych
przychodzi na mnie ubrana w stroje z epoki, czyli z początków XX wieku. Daje to
w istocie wiele niecodziennych sposobności do zrobienia interesujących zdjęć.
Nierzadko wszak, można sfotografować jegomościa w cylindrze i epokowym
garniturze zerkającego na swojego smartfona. Zawsze jest też ktoś, kto udaje
samego mistrza czyli Jamesa Joyce’a. Od kilku lat tą osobą jest John Shelvin, na
co dzień producent wykwintnych kapeluszy. Został on poproszony przez jednego z
fotografów o zapozowanie do zdjęcia. Ta „ustawka” miała miejsce po corocznym
„śniadaniu Leopolda Blooma” – imprezie kulturalnej, której głównym punktem jest
poranny posiłek wg jadłospisu z „Ulissesa”.
Proszę zobaczyć jakich karkołomnych zabiegów użył
fotograf aby zrobić to całkowicie pozowane zdjęcie, które ukazało się później w gazecie
i na stronie The Irish Times’a. W mojej ocenie, jest to fotografia dość miałka,
o banalnym wydźwięku, dodatkowo „okaleczona” nienaturalnymi zniekształceniami proporcji
z racji użycia szerokokątnego obiektywu.
![]() |
Sesja zdjęciowa na ulicy - John Shelvin jako James Joyce, fot. Tomasz Szustek |
![]() |
Sesja zdjęciowa na ulicy - John Shelvin jako James Joyce, fot. Tomasz Szustek |
![]() |
Sesja zdjęciowa na ulicy - John Shelvin jako James Joyce, fot. Tomasz Szustek |
![]() |
fot.Tom Honan IT. John Shelvin jako James Joyce |
W okolicznościach, w których wszyscy dobrze się bawią
na - co by nie powiedzieć - całkiem kulturalnej imprezie, warto by było popracować
z „żywym” dokumentem. Pokusić się o próby wyszukania w całej tej teatralności motywów,
które dotlenią oko, pozwolą przekazać choć porcję emocji miejsca i czasu.
Tak jak zrobił to Julien Behal, który również kilka
lat temu fotografował Bloomsday. Pojawił się on w wieży Martello, w której rozpoczyna się akcja powieści. Aktorzy,
odziani w stroje z epoki, czytają tam zgromadzonym widzom fragmenty powieści.
Sytuacja ma znamiona przedstawienia teatralnego na
powietrzu, ale samo ujęcie jest pozbawione bezpośredniej ingerencji fotografa i
świetnie obrazuje charakter i atmosferę tego wydarzenia. Trudno mówić tu
czystym dokumencie, ale i wydarzenia kulturalne można fotografować z fantazją
przebijającą jedynie sprawozdawcze aspiracje.